WIETNAM 2019

Najszybszym i najskuteczniejszym sposobem na znalezienie się w przyszłości jest zrobienie czegoś, czego nie udaje się zrobić od lat, więc robisz to TERAZ, bez zastanawiania się, bez czekania na niczyje decyzje, bez układania spraw i bez oszczędzania – i zanim będzie za późno, kupujesz bilety do… Wietnamu.

Dzień 1. z 26. Da Nang – Hue

Tak właśnie wygląda Wietnam . Dokładnie tak jak go sobie wyobrażałam. Intensywna zieleń, która nie zmienia się w słońcu. Pola ryżowe. Mgło-mżawka, która nie opuścił mnie w północno- centralnym Wietnamie. Głośne ulice. Miliony skuterów. Przepiękne zabytki azjatyckie. Po wylądowaniu, kawie, przepysznym jedzeniu pojechałam pociągiem do #Hue , w którym nie da się nie zakochać… <3

Dzień 2. Hue

Oficjalnie stwierdzam, że Wietnam wcale nie jest niebezpieczny, o ile po zjedzeniu zupy nie zostaniesz postraszony, że to zupa ze szczura :) Ale szczur nie pływał w zupie pho, lecz była to zdecydowanie liver (gotowana wątróbka). Pierwszy i ostatni raz zastosowałam się do zasady znalezionej w necie czyli- „poprosimy o to samo danie, które mają #sąsiedzi ze stolika obok” :) . Tutaj się to nie sprawdza. Zdecydowanie wolę niezwykle wietnamskie cake, z wrażenia nie zapisałam wietnamskiej nazwy. Na kolacje były podawane „ciastka” zawinięte w liście bambusa. (Bardzo tutaj popularne.) Po rozwinięciu liścia w środku znajdowało się zawiniątko ugotowane na parze z mąki ryżowej dodatkiem grzybów, mięs i/lub zbóż. Niesamowicie smaczny i ciekawy smak.

Dzień spędziłam na rowerze kręcąc 25 km. Pojechałam przez Hue do opuszczonego aquaparku na obrzeżach Hue oraz Królewskiego grobowca. Klimaty obu tych miejsc był jak nie z tej… nie z polskiej ziemi. Całkiem inne, odmienne, orientalne, wyróżniające tylko tą część świata. Drugi dzień za mną.

Dzień 3. Hue – Sajgon

Zamiast pociągiem do Nimh Binh polecieliśmy dziś samolotem do Ho Chi Minh. Wieżowce, wieżowce, wieżowce… Iście europejskie miasto, tylko takie z większą ilością skuterów, decybeli i śmieci na ulicach.

Zjadłam tutaj chyba najlepsze lody z zieloną herbatą matcha z dodatkiem owoców i czegoś przepysznego- najlepsze lody w życiu. :))) Sajgonki chyba również najlepsze w życiu. Być w Sajgonie i nie zjeść sajgonek? Tylko dlatego, że mogłaby to być zbrodnia wobec samego siebie ? :) A dzięki temu – stworzyliśmy sajgonkową incepcję i to do tego w przyszłości :P  bo w końcu Wietnam jest 6 stref czasowych do tyłu ;)

Dzień 4. Ho Chi Minh

4 dzień w Wietnamie. Byłam dziś w świątyni buddyjskiej w Ho Chi Minh. W ogromnym, ukrytym w podwórzu, kilkupiętrowymi budynku mieściło się ponad 1000 buddów rożnej wielkości. Na najwyższym piętrze znajdowało się mnóstwo figurek tej postaci. Mieszkańcy miasta odprawiali modły wymachując kadzidełkami, a mieszkańcy świątyni przygotowywali ją na przyjście nowego roku. W całym mieście trwały przygotowania do nowego roku. Pomimo upałów (34 stopni) zostały oświetlone główne trasy przejazdowe milionem świateł i neonów. W centrum rozstawiają sporych rozmiarów scenę. Szykuje się gruba impreza :) Jest gorąco i tak typowo „po sajgońsku”. To przytłaczające miasto, gdzie bieda miesza się z bogactwem tworząc nieprzyjemny miks zostało przeze mnie odwiedzone pierwszy i ostatni raz. To co tu zobaczyłam nie bije na głowę zaniedbanych ulic Barcelony, ani polskich ubikacji w polskich pociągach, lecz całokształt tego miasta można nazwać jednym wielkim sajgonem. W dzień nie da się funkcjonować ze względu na upał. Południa Wietnamu od początku nie miałam w swoich planach właśnie z tych powodów. To byłby koszmar, gdybym wybrała tylko zwiedzanie części południowej w styczniu… Temperatura spada najniżej nad ranem i sięga jedynie 23-24 stopni i tyle było dziś rano, gdy wybiegłam z hotelu. Byłam zaskoczona, że o 5:00 rano to miasto żyje. Niedaleko parku jak i w samym parku minęłam sporo biegaczy i osób uprawiające sport. Biegnąc zatrzymywałam się wielokrotnie, nie tylko po to, aby zrobić kilka zdjęć, ale w wielu momentach był to bieg z przeszkodami- mini barierami, slalom pomiędzy mini krzesełkami oraz niskimi mieszkańcami. Niektórzy nawet krzyczeli wesołe „Heeeeeello” na mój widok ;) Zauważyłam, że Sajgon nie dba, ani o mieszkańców, ani o odwiedzających- brak tu zabytków, parków czy choćby placów. Niedaleko hotelu znajdował się niewielki park, ale ja wolałam pobiec dalej… dalej, gdzie nie ma parków, wolnych przestrzeni, ale są za to długie ulice i dobre warunki do biegania ulicą. Tutaj każdy może robić co chce, więc i bieganie nie było niczym dziwnym dla Wietnamczyków.

Świątynia Tysiąca Buddów

Dzień 5. Ho Chi Minh – Phu Quoc

Dzień piąty. Tematy wojenne nie są moimi ulubionymi, ale będąc w Wietnamie należałoby odwiedzić choć jedno miejsce związane z wojną wietnamską i tak też zrobiłam. Z tym nie ma żartów. To co zobaczyłam na zdjęciach w Muzeum Pozostałości Wojennych w Ho Chi Minh pozostanie na długo w mojej głowie… Było tutaj całkiem sporo turystów. Od razu przypomniał mi się film z Johnnym Deppem „Pluton”.
Wybraliśmy się też na targ (taka Marywilska 44- wersja oryginalna :)) w poszukiwaniu „idealnej koszulki”, której nie znaleźliśmy, ja za to znalazłam oryginalną spódniczkę do biegania od Nike :) zapłaciłam całe 24 złote. :)) Takie targi to taki aliexpress tylko, że z przymierzalnią, no i jak poszukasz to znajdziesz prawie oryginały ;) Niedługo po wizycie muzeum i targu autobusem pojechaliśmy na lotnisko, skąd opóźnionym samolotem przylecieliśmy na wyspę Phu Quoc.

Dzień 6., 7. i 8. Phu Quoc

3 dni w raju (podobno :)). Biegam <3 Odpoczywam <3 Plażuję <3 Czytam  <3 Cieszę się chwilą <3 A telefon odpoczywa w trybie samolotowym ;) Relax na maxa :) :) :)

Dzień 9. Phu Quoc – Hanoi – Hajfong

Cały dzień w podróży. Taksówka na lotnisko Phu Quoc, następnie lot nad Kambodżą i Laosem do Hanoi, później autobus na dworzec Long Bien w Hanoi i wieczorem docieramy pociągiem do Hajfongu, gdzie nocujemy i spędzamy jeden dzień na zwiedzanie.

Dzień 10. Hajfong

Tak wiele „Hello” i „Where are You from?” jednego dnia jeszcze nie słyszałam. Na każdym rogu każdy chciał zagadywać i rozmawiać. Usłyszałam nawet wykrzyczane na placu przez dzieciaka „I love You” ;) <3  A zgraja urwisów wieziona przez matkę na skuterku wyśpiewała chóralne „Heeeeello” ;) Byliśmy obsługiwani poza kolejnością w sklepach i z wielką życzliwością do tego stopnia, że poczułam się nieswojo. Ludzi tutaj są tak mili i sympatyczni, że nie chcę stad wyjeżdżać. Przed moim wyjazdem z Polski chodziły pogłoski, że już może nie wrócę, jeśli miała bym nie wrócić zostałabym w Haiphong. <3 Ale nie tylko ze względu na ludzi, ale i świątynie, w których czas się zatrzymuje. Jest ich tutaj całkiem sporo. Przypadkowo trafiliśmy na dwie. Byłam oczarowana tym miastem. Również ze względu na piękne ulicy, skwery zielonej i cały klimat tego całego, milionowego miasta. Najpiękniejsze jak dotąd odwiedzone miejsce w Wietnamie – Haiphong. Zakochałam się <3

Dzień 11. Hajfong – Cat Ba

Jestem dziś na Cat Ba, które po za sezonem wygląda jak raj, brakuje turystów, a widoki zapierają dech w piersi…

Dzień 12. Cat Ba – Ha Long

Dzień 12 spędziłam na łodzi opływając zatokę Tonkińską. Najpierw małą łódką z dotarliśmy do Monkey Island, następnie godzinę płynęliśmy pomiędzy małymi, wystającymi z wody wysepkami, następnie godzina spędzona w kajaku i cudowne jaskinie do których wpływaliśmy kajakami <3 Przepyszny obiad na łodzi składający się z 7 potraw z sympatycznymi współpasażerami. Później przepłyniecie do innej zatoki na nurkowanie. I godzinny powrót do portu. Ten tour trwał cały dzień i pod koniec byłam zmęczona, a wręcz wykończona ilością wrażeń i ilością zrobionych zdjęć i filmów :) Kto by pomyślał, że za taką atrakcję zapłaciłam tylko 70 zł. To był mój najdroższy, jednorazowy wydatek jak na razie na tym wyjeździe. Po Haiphong jest to chyba drugie najlepsze miejsce w Wietnamie <3️ Aż nie chce się stad wyjeżdżać…. :)

Wyjeżdżając do Wietnamu słyszałam, że to dziki kraj… żebym na siebie uważała – setki razy, a ja setki razy odpowiadałam, że nic mi się nie stanie. Zawsze uważałam, że wychodząc z własnego domu można się potknąć i zabić, więc będąc kilka tysięcy kilometrów od domu wiem, że również mogę się gdzieś potknąć. A to co się stało dziś w Gdańsku jest tylko dowodem na to, że niebezpiecznie może być wszędzie… I to w podobno cywilizowanej Polsce… :(

Dzień 13. Cat Ba – Nimh Binh

13 dzień był jak na razie najzimniejszym dniem w Wietnamie. W Sajgonie kilka dni temu było 34 stopni, teraz w Nimh Binh jest 13, ale oba te miasta dzieli aż 1400 kilometrów. Taki jest właśnie Wietnam- różnorodny. Pół dnia spędziłam w autobusie jadącym z Cat Ba do Nimh Binh. Bus miał jechać 3-4 godziny, ale Wietnamczycy na wszystko mają czas, więc jechaliśmy ponad 5 godzin ;) Po przyjeździe konkretnie do Tam Coc skierowaliśmy się do najbliższej restauracji, gdzie zostaliśmy zaproszeni do ogniska i na gorącą herbatę :) Takie zimne dni w tym regionie zdarzają się rzadko, co nie zmienia faktu, że Nimh Binh wygląda nadzwyczajnie pięknie <3<3<3

Dzień 14. Nimh Binh

14 dzień w Wietnamie. Jestem w Nimh Binh. Tak sobie pomyślałam, że to nie jest kraj, a raczej region, dla starych ludzi. Nie ma tutaj podjazdów, ani miejsc parkingowych dla osób niepełnosprawnych. Zasady bhp w wielu miejscach w ogóle nie są przestrzegane. Jadąc rowerem przez cudowną okolice Tam Coc uświadomiłam sobie, że nieliczni mogą podziwiać piękno tego regionu. Byłam łącznie w 4 genialnych jaskiniach, w jednym punkcie widokowym, skąd można było podziwiać bogactwo przyrody i tysiące ptaków w ich naturalnym środowisku, spacerowałam alejkami w wietnamskich ogrodach, widziałam niezwykle pagody i ołtarzyki- wszystkie te atrakcje dostępne były nie tylko dla osób zdrowych i młodych, ale również silnych fizycznie. Do największej jaskini usytuowanej 500 stop nad ziemią wspinaczka zajęła mi sporo czasu (nie licząc spalonych kalorii ;D), do innej jaskini – Syren- trzeba było zejść pod ziemie i iść powolnym krokiem, gdyż bambusowy most w wielu miejscach znajdował się tylko metr pod sufitem czy też wspinaczka do świątyń znajdujących się wysoko w jaskiniach, więc zdecydowanie to nie jest kraj dla starych ludzi, ale można zwiedzać to miejsce jeszcze w inny sposób- pozostaje przejażdżka autem lub spływ łódką doliną Nimh Binh. Cała okolica wyglada jak ze snu… ;)))️ Na ostatnim zdjęciu jest typowy obiad dla dwóch osób, sałatka z kurczakiem i zupa pho z wieprzowiną do tego smoothie z mango i drugi z ananasem. Jedzonko przepyszne, a cena? 23 złote. Tanie i przepyszne jedzenie przygotowywane na miejscu. To Wietnam właśnie <3

Dzień 15. Nimh Binh

Przeżyłam dziś coś niesamowitego- tak mi się wydawało w środku dnia. Najpierw wspinaczka po schodach na Hang Mua, gdzie o mało nie wyzionęłam ducha, a następnie spływ łódką w Trang An, gdzie kręcili King Konga, gdzie przepłynęliśmy kilka jaskiń w tym jedną o długości kilometra ;) , a to wszystko przeplatane jazdą rowerem pomiędzy wzgórzami regionu Ninh Binh. Myślałam, że tyle pozytywnych wrażeń i pięknych widoków jak na jeden dzień już wystarczy. Ale myślałam się. Siedząc wieczorem na ławce w samym centrum Tam Coc nagle nie wiadomo skąd pojawiła się trójka wietnamskich dzieci, które znały podstawy angielskiego i koniecznie chciały porozmawiać :) Okazało się, że nasz translator działa beznadziejnie haha :) więc łatwiej było dogadać się… w języku polsko- wietnamskim. Dosłownie ;) Dzieci były wyjątkowo bystre, zrozumiały, że pytamy o szkole, hobby, rodziców, łódki. Dziewczynki szybko załapały polskie gry i wyliczanki. Wyjątkowo spodobały im się granie w łapki ;)  Skończyło się na wietnamskiej grze w berka i rozmowie po angielsku ze starszą siostrą młodszej dziewczynki. To był mega pozytywny wietnamski dzień <3

Dzień 16. Nimh Binh – Hanoi

16 dzień w Wietnamie, a konkretnie to w Hanoi. Wyszło słońce. Zrobiła się piękna pogoda. Odwiedziłam kilka znanych miejsc i napiłam się słynnej kawy z jajkiem oraz z kokosem. Obie przepyszne ;)  a że znalazłam w końcu wietnamskie pierożki to również ich spróbowałam. Hanojska kuchnia jak najbardziej mi posmakowała :)

Dzień 17. Hanoi

17 dzień w Wietnamie 💚💚💚 Zobaczyłam hanojską Katedrę Notre Dame w Hanoi ⛪️ (i nawet załapaliśmy się na msze w języku angielskim😊), wąską uliczkę, którą przejeżdżają pociągi 🚃 (było bardzo wąsko 😁) czy bramę Doan Mon ⛩ (gdzie kilkunastu profesjonalnych fotografów robiło zdjęcia dzieciakom z okazji ukończenia szkoły). Lecz dnia nie zaczęłam od zwiedzania, tylko od biegania. 🏃 Zrobiłam 7 okrążeń wokół jeziora Hoan Kiem. Wybiegłam przed wschodem, gdy większość zabytków była jeszcze podświetlona- ale tylko przy pierwszym okrążeniu. Zaraz po wschodzie wszystkie światła zgasły. Główne ulice obiegające jezioro w sobotę, jak i w niedziele były wyłączone w ruchu. Wcześnie rano na tych ulicach spotkałam setki biegaczy, setki ćwiczących osób, uprawiających sporty, sztuki walki, taniec, czy grających w piłkę nożną czy w badmintona. 😍 Tego nie da się zapomnieć. 😻 Po Nidzicy to moje drugie ulubione miejsce do Biegania 💚Hanoi. Tutaj chce się biegać. 💚 A tak w ogóle przed południem, gdy ponownie byłam w okolicy jeziora zaczepiła nas 10-letnia dziewczynka i ładnym angielskim zapytała, czy mamy dla niej czas, żeby porozmawiać po angielsku 😍 Byłam pod wrażeniem. Zrozumiała wszystkie pytania, ładnie opowiadała tego co nauczyła się w szkole i sama zadawała pytania. Byłam pod wrażeniem, bo jakie 10-letnie dziecko tak dobrze mówi po angielsku i jest na tyle odważne, żeby podejść do obcokrajowców. 😍 To było bardzo miłe doświadczenie, a widocznie dla niej też. W Wietnamie przypominają mi się dawno zapomniane angielskie słówka. A słowa i zwroty, które jeszcze niedawno w Polsce nie potrafiłam zapamiętać, dziś są codziennością… Good Morning Vietnam ❤❤❤️️️

Cytadela imperialna, Hanoi

Dzień 18. Hanoi

18-ty dzień w Wietnamie. Zaliczyłam najpopularniejszą atrakcje Hanoi, czyli Trainstreet. Naprawdę robi wrażenie. A sam pociąg? Maszynista nie zwracając uwagi na otoczenie zapieprzał, aż się kurzyło… 😄 Przestraszyłam się nie na żarty, bo byłam przekonana, że przejedzie powoli, ale biorąc pod uwagę długość trasy biegnąc przez stolice, to pociąg w takim powolnym tempie wyjeżdżałby z miasta jakaś godzinę… Pierwszy raz też jadłam gotowane sajgonki. Były rewelacyjne 😍 Na pewno zrobię je nie raz po powrocie 😋

Dzień 19. Hanoi

19! Miało być tak nudnie i beznadziejnie, bo to pierwszy dzień, który w całości spędziłam sama. A odwiedziłam tyle pięknych miejsc, a nawet przeżyłam dreszczyk grozy 😆 Ale od początku. 🏃 Po pierwsze dzień zaczęłam od biegania. Dyszka zaliczona. 📚 Następnie dokończyłam książkę o samotnej kobiecie w oknie, która popełniła mnóstwo błędów w życiu… To chyba nie przypadek, że dokładnie taka sama książka już stała w hotelowej biblioteczce… A obok Lost Girls i Fake friend. Swoją książkę zostawiam w Wietnamie, może tu będzie jej lepiej… 🏛 Odwiedziłam też Muzeum Narodowe Historii Wietnamu. Wejście kosztowało całe 6 zł i 48 gr. Najlepiej wydana kasa 😀 Chyba nigdy tak tanio nie weszłam do żadnego muzeum 😁 A było warto 😍 W między czasie odwiedziłam pralnie oraz poszłam na kawę machiato ☕️rewelacja 😍 Zauważyłam, że w Wietnamie wiele deserów podaje się z granulowaną zieloną herbatą. Pycha 😋 Po południu wybrałam się do kilku świątyń znajdujących się wokół jeziora Ho Tay. ⛩ We wszystkich świątyniach była masa ludzi, ze względu na zbliżający się Nowy Rok (9 luty(?)), niestety w jednej o mało nie dostałam zawału serca wystraszona przez psy… Na szczęście nic mi się nie stało… Byłam w świątyni Chua Pho Linh. To chyba najpiękniejsze miejsce kultu religijnego w całym Hanoi. 🤗 Po drodze zahaczyłam o knajpę ukraińską 🥟, w której wyłączył mi się tryb cebulowania, bo stwierdziłam, że 19 zł to wcale nie dużo jak na pielmieni (najdroższe danie vietever). Po obiedzie wybrałam się do północnej części jeziora, gdzie znajduje się opuszczony aquapark (kolejny już w Wietnamie) oraz wraki opuszczonych statków. ⛴ Zważywszy na to, że po jeziorze nie pływają żadne łódki, a ryby pływają brzuszkami do góry nietrudno się domyśleć, że woda jest niestety zanieczyszczona… Gdy wracałam do hotelu „nasza ulica” przeszła całkowitą zmianę. Najważniejsze, że została zamknięta, a ruch zmniejszył się do zera. Światełka i lampiony- oto magia Wietnamu. Takich uliczek jest sporo 💛

Dzień 20. Hanoi – Da Nang

20-ty dzień w Wietnamie minął całkiem spokojnie i bez szału. Bez wielkich wowów i ochów. Z bardzo prostego powodu. Trafiłam w Hanoi na nieciekawą pogodę. Pomimo, że było ok godziny 18. miałam ciągle wrażenie, że na zewnątrz jest włączona klimatyzacja. Tak, klimatyzacja. I tak-na zewnątrz. Przez co nie czułam się za dobrze. Nie miałam jakichś specjalnych planów na ten dzień oprócz chodzenia po sklepach. Kupiłam piękne talerzyki do zdjęć kulinarnych 😍, na konkursy… wiadomo 😆 Sklep z wyjątkowo zabawną zastawą znajduje się niedaleko Katedry św. Józefa. Po raz ostatni przeszłam się po starym mieście. A jakieś służby ogrodowe 😁 zajęły się nasadzeniami w okolicach jeziora Hoan Kiem, a było to robione z rozmachem. Łącznie widziałam około 20 pracowników na takim małym terenie. Zapewne uwinęli się z tym raz dwa. Jakoś 10 dni temu, gdy pierwszy raz byłam w Hanoi widziałam jak na obwodnicy sadzono drzewa. Tam na niewielkim terenie było z 60 osób. Zatkało mnie. Tak się to właśnie powinno robić. Raz dwa i po sprawie. Tak w ogóle to dziś był mój ostatni dzień w stolicy, więc koniec z hałasem i trąbieniem w takich ilościach… Ubawiłam się po pachy czytając w między czasie artykuł o tym, że ktoś w Polsce źle zaparkował zostawiając przechodniom 26 centymetrów chodnika… Porównując tą sytuacje z Hanoi to… 26 centymetrów to prezent od zmotoryzowanych dla przechodniów 😆 Wymeldowałam się też z jednego z lepszych hosteli podczas swoje podróży. Aż muszę go zareklamować 😆Nazywa się Garden Babylon Inn. Łóżko kosztowało 20 zł. Hostel ten oferował wszystko za wyjątkiem tego za co się płaciło, czyli noclegu 😆 Było za głośno. Za to przez godzinę było darmowe piwo, basen i śniadanie w formie szwedzkiego stołu. 😊 Po południu dotarłam na lotnisko, a zamiast standardowego biletu dostałam… paragon 😆 Ciekawe czy VietjetAirlines organizuje jakiś konkurs? bo teraz nie wiem co z tym paragonem zrobić 😆 Do Da Nang miałam przylecieć za kilka dni, ale dowiedziałam się, że za parę groszy mogę zmienić datę lotu 🤩😎😳 Taka sytuacja jak na europejskie warunki niedopomyślenia 😁 Oczywiście ją zmieniłam, więc nocą, z godzinnym opóźnieniem, na ostatnim miejscu w samolocie doleciałam do DaNang… 💛

Zupa Pho i deser na lotnisku

Dzień 21. Da Nang – Góry Marmurowe

21-wszy dzień w Wietnamie. Odwiedziliśmy Góry Marmurowe pod Da Nang, a konkretnie jedną z pięciu tych gór, a dokładnie Górę Wody. Droga na szczęście nie była tak daleka jak ta na Hang Mue w Ninh Binh. A na szczycie było co zwiedzać… Kilka świątyń, pagód, widok bajka… Ale największego szoku doznałam wchodząc do głównej jaskini… Zatrzymałam się w wejściu, usiadłam na schodek i tak patrzyłam i patrzyłam… Ten widok zapierał dech w piersiach… W największej jaskini znajdował się posag buddy, przez „okna” w suficie wpadało światło… Miałam wrażenie, jakbym tu już kiedyś była… 💛💛💛 Niesamowite miejsce.

Dzień 22. Da Nang

Wiedziałam, że ten dzień w końcu będzie musiał nadejść. Zdałam sobie z tego sprawę niedługo po tym, jak opuściłam lotnisko- zaraz po wylądowaniu w Wietnamie. Nie było innej możliwości, chociaż chcielibyśmy to odwlec. On w końcu nadszedł- 22 dzień mojej „samotnej” wyprawy do Wietnamu… Gdy kupowałam bilety dwa miesiące przed wylotem, miałam już zabookowany hotel w Ninh Binh i ogólny plan tylko po północnej części kraju. Wietnam wcale nie wydawał mi się dziki, ani niebezpieczny, ani niedostępny. Tylko dobrze znany, mimo, że nigdy tu nie byłam… Dlatego zdecydowałam się wyjechać sama. Nawet bez szukania i proponowania komukolwiek tak długiego wyjazdu… No bo… Pojechałbyś ze mną? Odpowiedz zapewne brzmi nie 😉 Lecz wiele osób życzyło m dobrze do tego stopnia, że po wylądowaniu w Da Nang poznałam Konrada, który dziś wrócił do Polski 😔 No i w końcu mogę zacząć podróżować sama tak jak zaplanowałam 😆 A tak na poważnie- najlepszy kompan podróży jaki mógł mi się trafić ever, spędziliśmy razem 3 tygodnie z dwudniową przerwą. To on robił mi te wszystkie fajne zdjęcia 😊Nauczył mnie jak korzystać z map googlowych w inny sposób, robić fajne zdjęcia, domagać się o swoje i pilnować, żeby mnie nie oszukali 😎 Zero kłótni, niedomówień, dogadaliśmy się świetnie. O niebo lepiej mówił po angielsku ode mnie… Ja to mam szczęście 😁 Tak, 22. dnia pożegnałam się z Konradem. Nie mogło być lepiej. Było genialnie! 💛💛💛 No a jak się pożegnaliśmy to poszłam sobie pobiegać i się poopalać – nareszcie – sama 😆✌

Most Smoka, Da Nang

Dzień 23. Da Nang

Rano wybrałam się na plaże, bo ładna pogoda się przeciągnęła. W południe natomiast przeszłam się deptakiem pomiędzy morzem a hotelami całkiem daleki kawałek. Weszłam w biedniejszą dzielnice… Widziałam, jak żyją ludzie, kupiłam banany od staruszki, Bhan Mi w piekarni (z wołowiną!😆) i najlepsze w Wietnamie, gorące Bhan Bao z pieczarkami i jajkiem od chłopaka na rowerze. Pomimo wąskich uliczek, małych domków i skromnych Wietnamczyków było bardzo czysto i wcale nie czułam strachu. Ogólnie jakieś 90% lokalnych mieszkańców zwracało na mnie uwagę, ale byli sympatyczni i zagadywali po angielsku- bez oferowania czegokolwiek. Pomimo, że nie minęłam żadnego widocznego muru to granica pomiędzy światem bogatych i biednych jest ogromnie widoczna. Wzdłuż Morza Południowochińskiego ciągnie się promenada z drogimi hotelami, a tuż za nimi stara, najbiedniejsza dzielnica miasta. I to właśnie ta część znajdująca się bliżej morza tuż za wieżowcami-hotelami jest słabo rozwinięta. Natomiast im dalej od wody, po przekroczeniu rzeki Han, zaczyna się całkiem inna dzielnica, klasy średniej, z fajnymi knajpami i miejscówkami. Da Nang to najszybciej rozwijające się miasto Wietnamu liczącym sobie już zapewne milion mieszkańców. Nocuję kilkaset metrów od morza. Poza sezonem cała promenada jest wyciszona, a wiatr rozpędza się jak tylko może powodując ogromne fale i próbując zdmuchnąć wietnamskich turystów, pozujących do zdjęć. Temperatura sięga 25 stopni, ale wiatr mocno daje się we znaki. Pora stąd zwiewać 😄

Dzień 24. Da Nang – Hoi An

Dzień 24. Hoi An to podobno jedno z najczęściej wybieranych azjatyckich kierunków. Niestety miasto jest mocno przereklamowane… Tuż przed samym przyjazdem tutaj został mi on skutecznie odrodzony, ale że Hoi An było na trasie do My Son (czyt. mej son) pomyślałam, że chociaż popatrzę na ten cały „spęd”. I co moje oczy ujrzały…. tego już nie da się odzobaczyć… Liczyłam na jakieś mega romantyczne miejsce. Niestety okazało się ono być tak… cudowne, piękne, wspanialeislodziutkieżeojapierdolęęę. Miliony nawtykanych lampionów nie pasujących do siebie, mnóstwo świateł, turystów tyle, że nie ma gdzie palca wcisnąć, i jeszcze te śmierdzące duriany przy głównej alejce 😆 Ale hitem była chyba dziewczyna proponująca mi romantyczny spływ łódką „tylko dzisiaj”. Zapytałam „po co?”. Nie zrozumiała pytania, które powtórzyłam ze trzy razy… Nie chciałam być dla niej nie miła, bo… wyglądała jakby była w 10-tym miesiącu ciąży. Błagam, tak właśnie naciągacze traktują turystów… Postawić dziewczynę w ciąży to na pewno się zgodzą… Bravo… Litości… Takiego spędu zagranicznych turystów nie widziałam nigdzie wcześniej w Wietnamie. Romantyzmu zeru, uroku i czaru zeru… Spacer po głównych uliczkach zajął mi raptem godzinę. I tyle w zupełności wystarczyło dla kogoś kto nie chce popaść w depresję widząc te wszystkie pary dookoła 😆 Dlatego wracałam do hotelu uliczkami oddalonymi od centrum turystycznego (trochę naokoło, ale warto było). Natknęłam się na wietnamską stypę 😁Wcześniej za to zobaczyłam trochę Hoi An bo poszukiwałam magicznej ATM machine 😁 a rankiem pobiegałam deptakiem w Da Nang. 😊 czyli dzień nie był tak całkiem zmarnowany 😀

Dzień 25. Hoi An – My Son – Da Nang

25 dzień w w Wietnamie! My Son to zespół czamskich świątyń wybudowanych w okresie pomiędzy IV a XIV wiekiem n. e. położony niedaleko Hoi An. Został odkryty przez Francuzów, a następnie prace archeologiczne zostały prowadzone przez Hindusów. Również znany dobrze w Hoi An Kazimierz Kwiatkowski pomagał przy pracach. 😀 Odkryto tutaj ponad 70 świątyń, niestety po Wojnie Wietnamskiej została jedynie połowa. Widziałam kilka lejów po bombach oraz informacje o zakazie wchodzenia do dżungli poza wyznaczoną ścieżką ze względu na nieodminowany teren. Niektóre świątynie zostały wybudowane w podobnym okresie i przez tych samych inżynierów co Angkor Wat w Kambodży. 😌 My Son to jedno z tych miejsc, które musiałam odwiedzić będąc w Wietnamie. Naprawdę było warto poświecić tych kilka tysięcy dongów i pół dnia spędzić w dżungli, aby zobaczyć to niesamowite miejsce. Zapisałam się na wycieczkę autobusowo-promową z lunchem i z przewodnikiem, który powoli i wyraźnie mówił po angielsku, ale za to z taką pasją do opowiadania i charyzmą, że mogę spokojnie stwierdzić, że jak dla mnie wygrał konkurs na przewodnika roku 😁 Ogólnie lał wodę, ale był przekomiczny i zabawny. Musiałam dodać tutaj jego zdjęcie 😆 Szkoda, że My Son jest oblegane tak licznie przez turystów, ale jest naprawdę… magiczne 💛💛💛 Późnym popołudniem wróciłam do równie magicznego Da Nang 😊😊😊

Dzień 26. Da Nang

26-ty i ostatni dzień w Wietnamie. To była naprawdę długa podróż przez cały kraj z południa na północ. Pomimo to, nie zobaczyłam wszystkiego. To zbyt duży kraj, żeby zwiedzić wszystko, ale zdaje mi się, że znalazłam to po co tutaj przyjechałam, ale dopiero po powrocie okaże się czy znalazłam ten właściwy element swojego życia… tak więc… trzymajcie kciuki 😊 Mam nadzieje, że trochę przybliżyłam Wam Wietnam, który wcale nie jest taki niedobry, zły i brzydki 😆 Wręcz przeciwnie- jest bardzo cywilizowany i dostępny. Co prawda nie jest on dla każdego, ale da się lubić 😉 A ostatni dzień? Jestem w Da Nang. Za namową pobiegałam po plaży o wschodzie słońca i wcale nie było tak ciężko, gdyż biegało się jak po stole. Na widnokręgu widziałam okrągłe łódeczki lokalnych rybaków, a niektórzy już nawet zdarzyli wrócić z połowów 🐠🦑🦐🦀🐟🐡😀 Miasto wygląda pięknie nie tylko o poranku, ale i wieczorami. Hałas, trąbienie, warkot silników, przechodzenie środkiem drogi, przechodzenie na czerwonym, przepuszczanie aut, świętowanie na ulicy, palenie ognisk czy kadzidełek, wąskie budynki, piękne bonsaje przy każdej uliczce, drzewa mandarynkowe przynoszące szczęście, setki elementów wskazujących na świętowanie nowego roku, zapalone już o zmierzchu lampiony, głośna muzyka, karaoke, imprezy w nieoczekiwanych miejscach, setki ludzi, którzy chcą z tobą porozmawiać, kanapki Bhan Mi i bułeczki Banh Bao, wiele zjedzonych zup Pho bo, rewelacyjne tofu pod każdą postacią, i te tanie smoothie z mango, albo z ananasem, albo z papayą 😍 te tanie hotele i hostele, wejściówki za parę groszy, niedzielne pogrzeby czy targi wypełnione kolorowymi owocami to coś normalnego tutaj- w Wietnamie. Goodbye Vietnam I’ll miss 💛💛💛

Please follow and like us:
20

Dodaj komentarz