Chorwacja

CHORWACJA 2013

Z uwagi na fundusze oraz ograniczony czas okroiłam cel podróży, a nawet nie trochę a bardzo. Miesiąc w Turcji zamieniłam na Tydzień w Chorwacji. Góry Arrarat nie było, ale też było gorąco. :)

Przygotowania.

Przygotowania nie trwały dłużej niż pakowanie się, odrobina drukowania i sprawdzania w sieci co i jak w niedzielę oraz dopakowywanie w czwartek przed samym wyjazdem.

Ruszam! (Dzień 1)

5 rano. Dzień nie zapowiada się pięknie i słonecznie. Przed 6 zaczyna padać, a temperatura niestety spada. W porównaniu w czwartowką 37 stopniową gorączką- piątek wyglądał nie do poznania. Odkładam na chwilę wyjazd. Czekanie trwa do 11:30, kiedy zza chmur wygląda słońce, nie waham się ani chwili i ruszam. Mój tata zawozi mnie na wylotówkę. Na krajowej 7-mce ruch jak zwykle. Nie czekam więcej niż 2 minuty. Zabiera mnie ze sobą chłopak z przyklejoną etykietką “Ostróda Reggae Festival”. Podążał własnie w kierunku Mławy. Rozstawia sceny na różnego rodzaju festiwale. Pogoda dopisuje.

Na kolejną już podwózkę czekam prawie godzinę i wędruję wzdłuż drogi około 3 km. W końcu zabiera mni mężczyzna z Braniewa, który jedzie prawie na drugi koniec Polski po swoją żonę, która w Busko-Zdroju jest właśnie na wakacjach. Zabiera mnie aż do Radomia. Jesteśm uratowani i połowa Polski już prawie za mną.

W Radomiu robię małą przerwę na kanapkę. Z przystanku zabiera mnie para, ale jak się okazuje młody archeolog, pasjonat swojego świętokszystkiego regionu, zabrał wcześniej Olę- autostopowiczkę z Warszawy, która zmierzała do Krakowa na Coke Live Music Festival. Nie mała ze sobą nawet bluzy, a pogoda pogarszała się tak szybko jak szybko przemierzam Polskę na południe. Podjechałam kawałek w okolicę Skarżyska Kamiennego, skąd w szybkim czasie złapałam podwózkę. Ola do Krakowa, a my do J(…..) pod Kielcami.

Zabrał mnie młody chłopak z Przasnysza, który od lat pracuje jako kierowca autobusu dwu poziomowego w UK. Po drodze ze Skarżyska Kamiennego do J przeżyłam prawdziwą nawałnice. Niebo nie dawało o sobie zapomnieć. Momentami nic nie było widać na drodze i zwalniałam do 30mk/h. Pomimo to nowa Honda Civic świetnie dawała sobie rade na drodze, a miły kierowca podwiózł mnie aż na przystanek na wylocie z J na Gliwice.

Dość wczesna pora pozwoliła nam na łapanie dalej stopa. Trochę się ochłodziło, ale na szczęście burzę ominęłam. Gdy dochodziła 21 podeszła do mie grupka chłopaków, byli nieźle napici, wspomnieni, że jeśli nie pójdziemy z nimi zajarać to mnie wywiozą do lasu, a Piotrkowi podetną żyły, a ślad po mnie zaginie- mówili to z lekkim uśmiechem, na co ja odpowiedziałam: “nieźle reklamujecie / promujecie swoje miasto” na co jeden z nich odpowiedział w pośpiechu: “to najbezpieczniejsze miasto w Polsce, jeśli nie macie gdzie spać, to chętnie Was przenocuję, mieszkam tu na parterze” po czym wskazał okna w bloku na przeciwko. Nieskorzystałam :)

Po dwóch godzinach łapania (z marnym skutkiem) wybrałam się na poszukiwania jakiegoś noclegu. Najpierw w kierunku miasta, za jakimś hotelem, a mnietępnie już w kierunku wyjazdu na autostradę. I jak się okazało wylot ten był jeszcze przez dwie wioski, łącznie z 5km. Grubo po 22 naleźłam jakieś spokojne miejsce z dala od wścibskich oczu i rozłożyłam namiot.

Goście (Dzień 2)

Poranek przywitałam około 6. Po wyjściu z namiotu okazało się, że niedaleko znajduje się dom i to całkiem blisko, którego po prostu nie było widać nocą.

Umyłam się, spakowałam i ruszyłam przez drugą wieś, w której czuć było chyba wszystkie zapachy świata. Farmy kurczków i gęsi można było liczyć na palcach. Mimo to poranek był piękny i słoneczny, nie zapowiadający 15 stopniowej temperatury. Samochodów nie brakowało. Niedługo po 6 zatrzymała się kobietka- inżynier środowiska, która jechała do Opola. Pomimo tak wczesnej pory chętnie mnie podwiozła o tak wczesnej porze i zostawiła na skrzyżowaniu pod Częstochową. Częstochowa nie była za bardzo w moim kierunku, ale wolełam zabrać się z nią z tej wsi niż czekać na bezpośrednią podwózkę w kierunku Zagłębia.

Na stacji wypiłam kawę i zjedłam po kanapce. Było dopiero 8, i z przystanku, na którym łapałam stopa zabrał mnie kierowca tira, który jak sam powiedział – mnieza Nidzica to jego drugi dom, a sam jest z Łukty :) Zabrał mnie tak jak planowałam – do Gliwic i wspomniał, że jeśli nie złapiemy stąd stopa do Czech chętnie zabierze mnie do domu i o 14 wyjeżdża.

Zostawił na na dziwnym rondzie na obrzeżach Gliwic. Pogoda do kitu. 15 stopni ciepła (zimna raczej). Wiatr i mży. Po 30 min takiego stania wybrałam się na półtorej godzinki do KFC na kanapki i frytki (i gdzie umyłam włosy:). I stwierdziłam, że musimy się wybrać do pobliskiego Tesco po jakieś grube kurtki, jeśli chcemy wyjechać poza Czechy, bo się tylko rozchorujemy, ewentualnie możemy wrócić do domu… Do Tesco szłam około 15 min. Droga szła wzdłuż autostrady, więc pokazywałam kartkę z Ostravą, ale wciąż nikt się nie zatrzymywał, więc zeszłam na ścieżkę prowadzącą do tesco, gdy wchodziłam na parking, duże auto zatrzymało się na autostradzie, mężczyzna zaczął mnie wołać. Chwilę później okazało się, że zobaczył kartkę z Ostravą, jednak za późno, więc po mnie zawrócili. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście :)

I tak: z Gliwic do Ostravy zabrała mnie dość podejrzana para mężczyzn. Zachowywali się pewnie, ale i dość dziwnie, na kierowce tira, który przejechał na czerwonym świetle już chcieli donosić na policję, kierowcy, który źle zaparkował- pokazali figę z makiem, wspomnieli, że kobieta, która w tv oczernia produkty może po prostu zniknąć. Jakie było mnieze zdziwienie, gdy pan siedzący na miejscu pasażera otworzył schowek, w którym znajdowała się broń… i odznaka policyjna :)

czechyPanowie zostawili mnie na pierwszej stacji benzynowej za granica tylko dlatego, że nurcy z Olsztyna obiecali mnie zabrać, bo czym jak mniei policjanci odjechali nurkowie zmienili zdanie tłumaczac się , że niby nei maja pozwoleń itd. Może to i dobrze, że mnie nie zabrali, bo chyba sami nie wiedzieli, gdzie jada, skoro uznali, że Pilzno leży we Włoszech :)

Po pół godzince stania zabiera mnie Polak, który od 20 lat mieszka w Wiedniu, dokad też mnie zabiera. Traktuje mnie jak gości w swoim aucie, pyta o muzykę, która chcielibyśmy posłuchać, czy klimatyzacja ma chodzić, i opowiada o wszystkich atrakcjach mijanych po drodze. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy, na stacjach benzynowych i w sklepie bezcłowym (raju czekoladowym, gdzie Milka orzechowa kosztuje 49 eurocentów :) >Dariusz zostawia mnie 10 km za Wiedniem na stacji benzynowej za co jesteśmy mu ogromnie wdzięczni.

Po godzince zabiera mnie dziwaczna para młodych austriaków, którzy sami chyba nie wiedzieli po co mnie zabrali. Dojeżdzamy do Graz, szybko znajdujemy wyjazd na Maribor i łapiemy auta, póki jescze jest jasno. Pewien Austriak zabiera mnie na granicę nowa Jetta. Troche gadamy o Austrii i jego byłej dziewczynie Polce mieszkajacej w Wiedniu.

Z granicy już nic nie łapiemy. Znajdujemy śwetna polankę na rozbicie namiotu.

Docieram do Rijeki. (Dzień 3)

Wstajemy o 11. Za Zagreb zabiera mnie rodzina, która czwarty raz odwiedza Chorwację. Zostawiaja mnie na stacji benzynowej skad mamy nadzieje zlapac stopa na Split. Stoimy tam 4 godziny i jedziemy do Rijeki, gdzie nocujemy na campingu.

Chorwacja za 200 zł. (Dzień 4)

Po południu ruszamy na Ljubljanę i dalej do Polski. Szczęście mnie opóściło, Stoimy prawie 5h w miejscu, skad normalnie złapalibyśmy stopa w 5 minut. Niestety to nie Polska, tylko Chorwacja. Póxnym popołudniem zabiera mnie Chorwat- 10km , mnietępnie Słoweńczk- do granicy, skad po godzinie zabiera mnie młoda Niemka Teresa. Po godzinnej rozmowie zapraszamy ja do siebie na azury a ona mnie do Zurychu. Zostawia mnie na stacji benzynowej pod Ljubljana, gdzie nocujemy.

Z namiotu do C klasy. (Dzień 5)

Wstajemy około 8, myjemy się, robimy śniadanko i zakupy i stajemy, po paru minutach zatrzymuje się auto…

Z Ljubliany na Maribor zatrzymało się auto na włoskich blachach, a w środku para. Gdy już wsiedłam okazało się, że zabrali mnie Rumunii pracujący we Włoszech. Przez całe 100 km podwózki zastanawiałam się, czy mnie gdzieś nie wywiozą, ale oni okazali się kulturalnymi i przemiłymi ludźmi, takimi Rumunami jakich nigdy wcześniej nie poznałam.

O 2 godzinach stania już mamy dosyć i o 13 idziemy usiaść na ławeczki i coś zjeść. Po 10 sekundach podjeżdża Polak z laweta, który zabiera na aż do Dabrowy Górniczej! Hurra!

Deser. (Dzień 6)

Do Dabrowy dojezdzamy około 11, skad docieramy do Kamienicy Polskiej, gdzie umówiłam się z Kasia – koleżanka z neta, której nei widziałam nigdy, ale to spotkanie utwierdziło mnie w przekonoaniu, że Kasia jest dokładnie ta sympatyczna osóbka, która znam od dawna :)

Powrót do domu był szybki. To nei Chorwacja

Gdy w środę wracałam już do domku z Warszawy, a była to już mnieza ostatnia podwózka zabrały mnie dwie panie, jedna miała około 35 lat, a z druga z 9 Dziewięciolatka, gdy tylko słońce schowało się za horyzontem zaczęła opowiadać straszne historie ogniskowe zasłyszane na koloniach, o akumulatorze w kuchni oraz krwawej Mary, to niesamowite jaką wyobraźnię mają dzieciaki :)

Przed 23 jesteśmy już w domku.

Podsumowanie.

Wydatki: 200zł + 200zł na pamiątki na Słowenii/ na dwie osoby w tym nocleg na campingu 20 euro.

Czas: piątek 12:00 – środa 23:00 (09-14.08.2013)

Trasa: 2 783 km. Nidzica – Radom – Częstochowa – Gliwice – Ostrava – Brno – Wien – Maribor – Zagreb – Rijeka – Ljubljana – Bratysława – Dabrowa Górnicza – Kamienica Polska :) – Nidzica

Wyświetl większą mapę

 

Dodaj komentarz