FRANCJA-HISZPANIA 2012

W wolnym podróżowaniu najlepsze jest to, że nigdy nie wiadomo dokąd się trafi. Chciełam zobaczyć kawałek południowego wybrzeża Hiszpanii i wcześniej być może Carcassonne we Francji, znaleźć pracę. Wyszło inaczej. Poznałam wspaniałych ludzi, do Carcassonne trafiłam jakimś cudem, odkryłam niesamowitą Tarragonę, wędrowałam z plecakami po górach Katalonii i wybrzeżem, a zamiast pracy spędzałam czas na piaszczystych plażach.

Carcassone (Francja)

Do Carcassonnne trafiłam wczesnym popołudniem około godziny 14:00. Pomimo porannych upałów najzwyczajniej zrobiło się zimno. Zobaczyłam kawałek nowego miasta i targu świątecznego. Tak tak, trafiłam tam w rocznicę uchwalenia Niepodległości Francji, także turyści z różnych zakątków Europy, a także świata, tłumnie spacerowali po mieście nowego miasta jak i starego grodu średniowiecznego. Słyszałam dawno temu, że w Carcassonne nakręcili jedną część Robin Hooda :) I był to główny powód, dla którego chciałam zobaczyć ten zamek, który pozwolił sobie, pomimo wieku, na goszczenie filmowców, kamerzystów, statystów i t p. Dodatkowo słyszałam, że zamek- tak tak zamek jest ogromny i warty zobaczenia. Także szczęśliwie dotarłszy na miejsce miałam nadzieję, że wejście nie będzie zbyt dużo kosztować i z miasta ruszyłam na wzgórze zamkowe.

Wspięłam się od zachodniej strony i od razu trafiłam na turystów, masowo pstrykających fotki we wszystkich kierunkach, a w szczególności na zachód. Kiedy już doszłam pod same mury i można było wejść na krużganki zamku spojrzałam w odpowiednim fotogenicznym kierunku- burza- niesamowita szła w  kierunku zamku, a z wysokości kilkuset metrów można było dostrzec wszystkie kolory i błyskawice plus błyskawice z aparatów :)

Ruszyłam w kierunku południa. Ogromny, piaszczysty plac rozpościerał się pomiędzy murami, z daleka było można zobaczyć wejście do “zamku”. Ludzie wchodzili na wieże, przyklejali się do każdego kawałka muru i prosili znajomych o zrobienie zdjęcia w dziwnych pozach, wyglądało to tak, jakbyśmy rzeczywiście- przenieśli się w czasie do Średniowiecza. Przemierzyłam plac i zauważyłam, że “wejście” do budowli wcale nie jest zwykłym wejściem- właśnie wyjechały stamtąd 2 skutery i samochód. “Z zamku???” pomyślałam sobie, ale gdy przeszłam bramę wjazdową poczułam się jakbym przeniosła się w czasie.

To nie był zamek, to nie był zwykły zamek, nawet nie wiedziałam gdzie jest zamek, a musiał tu gdzieś być. To, co ukazało się moim oczom- to był prawdziwy Gród Średniowieczny. Ludzie ciągle pstrykali fotki, gdyby zniknęli pewnie poczuła bym zapach siana i wypatrywała bym koni, ubrana w typowe szaty z tamtego okresu, kosze z warzywami, chusty na głowach, mężczyźni w trzewikach i rajtuzach, i królewski pochód, gilotyna… Miałam wrażenie, że tylko ja zobaczyłam te wszystkie niesamowite obrazy, które zagościły w mojej głowie, reszta zwiedzających po prostu pstrykała. Pstrykała na mury, na dachy, na każdą tabliczkę, na każdy kawałek drewnianych drzwi. Miałam wrażenie, że nikt z nich nie patrzył sercem i był to dla nich po prostu “kolejny punkt do odhaczenia” na mapie zwiedzania w te wakacje. Całkiem odwrotnie dla mnie. Mieszkając w małej miejscowości, gdzie głównym zabytkiem jest krzyżacki zamek z XIV wieku, ten gród w Carcassonne był niesamowicie niezwykły. I w tym momencie usłyszałam dźwięk czyjejś komórki…

Weszłam do kościoła, wokół stało mnóstwo ludzi, tylko świeczki się paliły, brakowało witraży (kościół z około XIII wieku), a pośrodku przed ołtarzem czterech mężczyzn wyśpiewywało arię operową. Tak, tak- aby wejść do tego grodu- nie płaci się, ani do kościoła. Jedynie wejście na zamek jest płatne, bodajże 10 euro od osoby, niestety kolejka do kasy odstraszała najwytrwalszych, a mnie- z dużym plecakiem- tym bardziej :) Pochodziłam wśród uliczek, mijałam niesamowite sklepy z czekoladą, ze słodkościami, z ręcznie robionymi obrusami i wieloma innymi przedmiotami codziennego użytku. Mijałam również domy, w których mieszkali ludzie – tak, tak, pradziadki zostawili komuś w spadku mieszkanie- stąd właśnie te samochody i skutery zamiast koni :) Pochodziłam troszkę, gdy zaczęło padać schowałam się w informacji turystycznej, gdzie zaopatrzyłam się w mapki i książeczkę z hotelami. Po czym opuściłam Gród w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na nocleg. Carcassonne- kiedyś tam jeszcze wrócę…

Carcassone, Francja
Carcassone, Francja

Lloret de Mar – Blanes (Hiszpania)

W Lloret de Mar zapachniało prawdziwie hiszpańskim latem. Na ulicach tłumy, gwar, turystów pełno, Anglicy, których wyprowadzali z jednego lokali za rozróbę, poczułam się jak w Puerto de Alcudia parę lat wcześniej. W ten nadmorskiej miejscowości panował taki sam klimat jak w Alcudi właśnie. Ludzie opalali się na plaży, ale nikt nie wchodził do wody, była za zimna. W tej miejscowości, znajdującej się tak blisko Francji można było spotkać wielu mieszkańców tego narodu. Po spacerze przez miasto, następnie wzdłuż plaży, weszłam schodkami na skały, z których rozciągały się przepiękne widoki. Co rusz mijałam ławeczki i spacerowiczów, na skałach był również pomnik żony rybaka, następnie przez ogrody św. Klotyldy przeszłam na drugą plażę. Rozłożyłam koc na piasku, zrobiłam kanapki i wyciągnęłam wcześniej kupione piwo. “Udało się” jestem kolejny raz w Hiszpanii!! :) Leżałam tak chyba z godzinkę, dopóki słońce nie zaczęło się chować, a wiatr wiał coraz mocniej. Spakowałam się i ruszyłam w poszukiwaniu jakiegoś sklepu. Po zaopatrzeniu się ruszyłam górską ścieżką w kierunku Blanes mając nadzieję, że zdążę przed zmrokiem. Pod wieczór dotarłam na cudowną kamienną, wyludnioną plażę, ze znakiem zakazującym rozbijanie namiotów :) Posiedziałam tam trochę, to jedno z tych miejsc, które zapamiętam na zawsze, takie widoki, takie miejsca stworzone przez naturę nigdy nie powinny być dotknięte ludzką ręką, tymczasem na kamieniach zaczęto ustawiać wakacyjną promenadę itp. Sezon w pełni, nie chciałam sobie wyobrażać jak tamto miejsce wyglądała w środku wakacji. Na szczęście był maj, wiatr lekko wył, fale rozbijały się o skały, spokój. To jest to miejsce, nie robiłam tu zdjęć, bo jestem pewna, że jeszcze tu wrócę.

Ruszyłam w góry, coraz wyżej i wyżej, ciężko było, na szczęście słońce wciąż nie zachodziło, a ja znalazłam prostą drogę do Blanes. Ominęłam jakąś dzielnicę i nagle zrobiło się ciemno. Nie ma wyjścia pomyślałam, trzeba rozłożyć gdzieś namiot. Znalazł świetne miejsce, oświetlone, na wzgórzu, niedaleko głównej ścieżki. Szybko rozłożyłam namiot i poszłam spać. Całą noc koło namiotu kręciły się jakieś małe zwierzęta podejrzewam, że jaszczurki, ale raz jestem pewna, że przeszło większe zwierzątko, podejrzewam, że była to koza. ;)

Z rana około siódmej po ścieżce zaczęli chodzić turyści. Zjadłam coś lekkiego, zwinęłam namiot i ruszyłam na wzgórze (200 m od miejsca, w którym rozłożyłam namiot) na którym wybudowany został kościół, a widok na Blanes- niesamowity.

Zejście ze wzgórza zajęło mi około godzinki. Małymi schodami, pomiędzy domami, zbliżałam się do miasta. Było dość wcześnie i pochmurno, mijałam jedynie ludzi z bagietkami, zakupionymi w pobliskich piekarniach. Dotarłam do morza. Pogoda była fatalna, wietrzna i nie zachęcająca do spędzania czasu na zewnątrz. Przeszłam całą plażę, aż do campingów. Ludzie poukrywali się w swoich domkach, na pewno nie takiej pogody spodziewali się w trakcie swoich wakacji. Obeszłam jeden camping, drugi, doszłam do końca ulicy, gdzie stały vany i tutaj znów zaczynała się plaża. Wiatr wiał, a powietrze było ciepłe, fale ogromne, idealne dla surferów. Odpoczęłam w tym miejscu, zrobiłam sobie obiad i ruszyłam w kierunku Barcelony.

Barcelona (Hiszpania)

W Barcelonie straciłam sporo czasu. Jeszcze za nim do niej dotarłam zaczęłam się zastanawiać, co zrobić, czy rzeczywiście jechać, tak jak ustaliłam do znajomych, czy może pod Barcelonę i tam szukać pracy. Tramwajem i metrem szybko dostałam się na Calle la Rambla. Idąc szybkim tempem rozglądałam się po wszystkich zakątkach, które pamiętałam z przed lat. To miejsce, ta ulica, ten skwer, te budynki nic się nie zmieniły. Tu nie można było się zgubić.

Dobijała dwudziesta, słońce pomału chowało się za budynki, a ja zaczęłam szybko szukać jakiegoś taniego noclegu. Ostatecznie postanowiłam wsiąść w metro i wyjechać z miasta. W Barcelonie kupowałam tylko bilety, straciłam na nie zbyt dużo pieniędzy. Łatwiej było wędrować po górach…

Sitges- Cubelles (Hiszpania)

Do Sitges dojechałam po 22. Straciłam sporo czasu i pieniędzy w Barcelonie. Dopiero po północy znalazłam jakiś tani pensjonat, od razu położyłam się spać. W pensjonacie siedziałem dość długo i popołudniem dopiero wyszłam, przeszłam się przez miasto, stare, a później nowe. Było tutaj dość dużo hoteli, a pogoda dużo lepsza od wczorajszej, turystów na plażach i w knajpach pełno. To tutaj zaczęłam szukać pracy. Późnym popołudniem pogoda bardzo się pogorszyła, zaczęło padać, i pomimo, że w dzień się mocno opaliłam, teraz trzeba było szukać schronienia, bo zrobiło się po prostu zimno. Postanowiłam rozbić się na campingu. Wyglądało to dość dziwnie- mój mały namiot a wokół same samochody campingowe i domki.

W Sitges spędziłam dodatkowo trzy noce. Szukałam pracy, ale tak jak się skończył weekend, tak i zniknęli turyści i ofert pracy było nie wiele. Stwierdziłam, że siedzenie tu dużej czy wynajęcie pokoju (znalazłam w centrum za 400 euro plus opłaty za pokój z dostępem do kuchni) było by tylko stratą czasu i pieniędzy.

Sitges, Hiszpania
Sitges, Hiszpania

Po 4 dniach spędzonych w Sitges z samego rana ruszyłam na zachód. Szłam wzdłuż wybrzeża, przez Villanova i la Geltru (przepiękna miejscowość z portem i wybrzeżem) dotarłam do pięknych plaż Cubelles.

W Cubelles trwała noc za dnia. Na ulicach nikogo nie było, wszystkie budynki były pozamykane. Już wiedziałam co to za miejsce- miasteczko sezonowe, w którym swoje apartamenty mają mieszkańcy Barcelony i Tarragony. Dużo czasu tutaj nie straciłam, szybko zebrałam się do Tarragony.

Tarragona (Hiszpania)

Do Tarragony podwiozło mnie na stopa młode małżeństwo, on architekt bez pracy, ona pielęgniarka. Mieszkają w samym centrum starego miasta Tarragony. Zatrzymali się  pod hotelikiem, znajdującym się naprzeciwko ich apartamentu. Hotel pomimo dobrej lokalizacji i ładnego wystroju nie był drogi i do tego dostałam pokój na najwyższym piętrze z widokiem na główny plac. Niedługo później okazało się, że moi Hiszpanie mieszkają niedaleko, na piątym piętrze w kamienicy naprzeciwko. :)

Po ogarnięciu się wyruszyłam w miasto. Tarragona to stare rzymskie miasto, niezniszczone żadną wojną, jedynie czasem, na uliczkach mijałam francuską młodzież głośno komentującą ceny obuwia w markowym sklepie, turystów, którzy z mapami i wyznaczoną trasą zwiedzania nie rozglądali się w te zakamarki co ja, skręcali gdzieś indziej. Widziałam całą masę kotów i jednego smoka, rozpadające się budynki jak i wykopaliska archeologiczne, również szkołę muzyczną w której właśnie odbywały się egzaminy na zakończenie roku szkolnego.

Piękne kościoły, dziesiątki drzew pomarańczowych wokół nich, a niedaleko stragany, gdzie owoce wszelakie sprzedają po 99 centów. Pomału wracam do placu, hoteli tu niewiele, dużo Rusków. Widzę przyjemną knajpkę. Wchodzę do środka. Zamawiam pizze i paelle. Paelle podają tu w gorącym rondlu, do tego piwo. Do hotelu mam trzy kroki. Spędzam tu trochę czasu. Przed powrotem do pokoju kupuję jeszcze kilo pomarańczy.

Poster, Tarragona
Poster, Tarragona

Salou (Hiszpania)

Z rana ruszyłam przez Tarragonę w poszukiwaniu dworca i jadę autobusem do Salou. Pogoda była przepiękna, słońce, ciepło. A gdy tylko dotarłam do Salou przyszły chmury i bardzo dziwna mgła od morza (o której później mówiono w tv). Było jednocześnie zimno i ciepło. Jeśli ktoś z Was widział film “Arktyczny podmuch” to było coś w tym rodzaju, na szczęście tym razem nie zamrażało ludzi :) Przeszłam się po paru hotelach w poszukiwaniu pracy i miejsca do spania i stwierdziłam, że tu będzie koniec mojej podróży. Znalazłam tani hotel z widokiem na morze i bliskim dojściem do plaży. Po za sezonem, czyli w maju zapłaciłam 19 euro za dobę za dwie osoby. Zostałam tydzień.

Codziennie z rana wyruszałam w miasto do odwiedzenia nowych hoteli. Jednak kryzys się utrzymuje i nie znalazłam tutaj żadnej pracy, pomimo tylu hoteli i tylu turystów. Popołudniami chodziłam na plażę, obiad i wieczorne spacery. Po tygodniu uznałam, że to czas wracać do domu, że Salou to nie jest miejsce dla mnie, na pewno nie dla Polaków, za dużo było tu Rusków. Postanowiłam, że spróbuję wrócić na stopa do Polski :) Co w Hiszpanii wcale może okazać się nie takie proste…

Monpellier (Francja)

Zwiedzanie Montpellier rozpoczęłam od spacerku przez stare miasto. Dotarłam do cudownego XVIII-wiecznego parku, z którego jest piękny widok na miasto. Spędziłam tutaj z dobrą godzinkę. Wszystkie budynki i pozostałości po murach miały z kilkaset lat. Fontanny i wiadukty, małe place zieleni na których rozkładali się z kocami piknikowicze, inni turyści składali własnie namiot, dzieci maczały ręce w wodzie chlapiąc nią dookoła. Tuż za małymi fontannami znajduje się, idący na zachód, osiemnastowieczny akwedukt św. Klemensa. Pośrodku parku stał posąg człowieka na koniu. Pomiędzy parkiem a wejściem na stare miasto stoi łuk triumfalny Porte du Peyrou, gdzie właśnie trwały targi książki/komiksu i wszelkiego innego co papierowe :) Znów ruszyłam przez stare miasto, tym razem w kierunku placu De La Comedie.

Garść informacji: Montpellier miasto i gmina na południu Francji w odległości 10 km od wybrzeża Morza Śródziemnego, nad rzeką Lez, w regionie Langwedocja-Roussillon, w departamencie Hérault. Montpellier powstało w 737r. po połączeniu dwóch wiosek i nosiło wówczas nazwę Mons pessulanus albo Pessulus. W XI wieku rozwinęło się dzięki handlowi ze Wschodem i stało się ważnym punktem etapowym na szlaku pielgrzymkowym do Santiago de Compostela. W 1141 uzyskało prawa miejskie. Montpellier, miasto o tradycjach uniwersyteckich (wydział medycyny, pierwszy we Francji, założono tu w 1221 roku), w ciągu ostatnich 60 lat przekształciło się w wielki ośrodek gospodarczy. Aglomeracja rozszerza się bardzo szybko: zespoły uniwersyteckie i instytuty badawcze mieszczą się na północy; na południu skupione są zakłady przemysłowe. Na zachodzie ulokowały się dzielnice rezydencjalne. Na wschodzie nowa dzielnica Polygone jest ośrodkiem administracyjnym i handlowym (postmodernistyczne założenie urbanistyczno-architektoniczne Antigone). Obecnie w Montpellier mieszka około 230 tys ludzi. Od 1160 roku działa w Montpellier wyższa szkoła prawnicza, a w 1180 roku powołano do życia uniwersytet. W latach 30. XVI wieku ukończył tu studia astrolog, lekarz powołany później na dwór Katarzyny Medycejskiej – Nostradamus (właściwie Michel de Nostre-Dame, 1503-1566), a także pisarz, lekarz i humanista François Rabelais (1484-1553).

Trasa



Wyświetl większą mapę

Mapa

Od początku postanowiłam, że całą trasę postaram się przebyć autostopem. W czasie podróży ze znajomymi kierowcami i autostopem, która trwała parę dni wydałam ponad 100 euro/ 2 osoby. Na jedzenie nie wydałam zbyt dużo, gdyż prowiant na parę pierwszych dni wzięłam z Polski. Wzięłam również namiot, ale w połowie maja we Francji było za zimno, aby nocować pod chmurką. Dwie pierwsze noce spędziłam w hotelach. Szczęśliwie, tak jak zaplanowałam udało się zahaczyć o Carcassonne. Następnie dostałam się na wybrzeże Hiszpanii, aż do Salou. Z powrotem, aż do samego Wrocławia (za wyjątkiem około 30km w Hiszpanii) nie schodziłam z autostrad. Na początku zdawało się to trudne i nie do pomyślenia, ale nie tylko ja łapałam stopa na stacjach benzynowych, bramkach czy na wylotówkach. Najbardziej zaskoczył mnie słup na wyjeździe ze stacji benzynowej przed Beaune (Francja), gdzie zostawił mnie Thierry. Na slupie pisało AUTOSTOP i było na nim pełno wpisów Autostopowiczów, polskich było najwięcej :) We Wrocławiu wsiadłam w pociąg i około 22:00 5 czerwca byłam już w domu. Nie znalazłam pracy, ale widziałam wiele pięknych miejsc, za  niewielkie pieniądze :)

Dodaj komentarz