GRODNO–DRUSKIENIKI 2018

Białoruś – konserwatywny, zamknięty kraj bloku wschodniego i Druskieniki na Litwie – to dwa całkowite przeciwieństwa. Pomimo wspólnej granicy i niedalekiej odległości Grodna od Druskienik to te dwa kraje dzieli europejska granica nie do pokonania w przeciągu kilku, jak nie kilkunastu najbliższych lat, a jednak łączy- miłość do natury.

Grodno? Jak to się stało? Nie wiem… -jakby zaśpiewał Zenek Martyniuk. Zdaje mi się, że odkąd zdałam sobie sprawę z tego (gdy byłam nastolatką), że Białoruś jest najbliżej położonym krajem zagranicznym zastanawiałam się ile kroków musiałabym zrobić, aby dojść do granicy…. Jak pokazało moje życie- tych kroków musiało być bardzo dużo, gdyż dotarcie do granicy polsko-białoruskiej zajęło mi UWAGA około 20 lat… Kilka lat temu jeszcze załatwienie wizy kosztowało dobrych kilka stówek, a od półtora roku odbywa się tutaj ruch przygraniczny- obecnie wjazd na teren Białorusi wychodzi taniej.

Natomiast Druskieniki pokazały to, co najlepsze na Litwie. Ciepło, żar z nieba, słońce, woda, lato, rozwinięte turystycznie miasto przyciąga urlopowiczów jak pszczelarzy do miodu. Druskieniki zrobiły na mnie ogromnie dobre wrażenie. Warto tu wrócić (w innym życiu oczywiście, bo w tym może nie starczyć mi czasu :) ).

Niebo nad Grodnem /20.07.2018. piątek/

8:00 punkt ósma wyjeżdżamy z domu. Liczymy około 5 godzin na dojazd do Grodna, co prawie się udaje wliczając prawie dwugodzinne oczekiwanie na granicy – łącznie czterech bramkach. W sumie do Kuźnicy znajdującej się na granicy Polski z Białorusią mamy 255 km. No to w drogę!

Granica polsko-białoruska Kuźnica

12:00 Docieramy przed granicę, gdzie około 800 metrów przed pierwszą bramką ustawia się sznurem aut ciężarowych. Zatrzymujemy się na chwilę, aby dowiedzieć się, że osobówek jest tak mało, że wszystkie podjeżdżają tak daleko jak się da wymijając tiry. A jak się okazuje – również wszystkie białoruskie osobówki. Ostatecznie stajemy przed bramkami w podobno najszybszej linii dla aut osobowych po stronie lewej – dla aut z Unii Europejskiej – jednak nic to nie daje, gdyż ustawiają się tutaj również samochody na białoruskich blachach. Wiele z tych aut, to stare rzęchy – najpierw sprowadzone przez Polaków z Niemczech, a teraz przez Białorusinów z Polski- sporo z nich ma problem z odpaleniem silnika, co chyba nikogo z nas nie dziwi…

Dwie pierwsze bramki są polskie, więc przejechanie przez nie nie zajmuje na szczęście tak dużo czasu. Niestety kolejne dwie są już białoruskie i tutaj zatrzymujemy się na dłużej. Nikt nam nie tłumaczy co trzeba załatwić na granicy. Ludzie chodzą wokół budynku, wykłócają się z urzędnikami – celnikami. A to ziemniaki, a to za dużo kilogramów, a to źle auta są ustawione…. A to toaleta po 50 rubli – choć teraz zdaję sobie sprawę z tego, że było to 50 kopiejek (czyli jedna złotówka). Ostatecznie w budynku celnym była toaleta – warunki sanitarne MASAKRA, ale darmowa, bo nawet tych nieszczęsnych 50 kopiejek nie miałam. Po pewnym czasie okazuje się, że stanie przed szlabanem nic nie da (opłacone wcześniej wizy tymczasowe przez internet)- nikt nie podejdzie, nie przepuści, nie wpuści obcych do swojego umiłowanego kraju. Dowiadujemy się, że musimy iść do kolejki po pieczątki do paszportu. Kolejka której wcześniej nie było- teraz, czyli po pół godzinnym staniu urosła do długości kilku metrów. A załatwianie czegokolwiek idzie jak krew z nosa tym bardziej, że podjechała spora grupka Białorusinów kilkoma autami- i oni wszystko razem załatwiają. Wpychali się, więc my nasze sprawy załatwiliśmy na końcu- celnik sprawdził zieloną kartę, ubezpieczenie auta, wbił pieczątkę wjazdową. Wyglądało to jak za czasów komuny (podobno). Nawet strażnik wychodził upominać ludzi wg jego widzi mi się- co nie wiele dało. Wróciliśmy do auta, ale stoimy dalej- szlabanu wzrokiem nie przestawimy przecież… Przychodzi jakaś celniczka z nosem na kwintę- młoda, niby ładna, ale uroku odbiera jej życie strażniczki szlabanu… Po jakimś czasie wraca oddając dokumenty. Odjeżdżamy… chociaż nie. Stoimy. Bo za szlabanem kolejna kolejka do ostatniej bramki…

Ostatecznie po 7 godzinach podróży docieramy do naszego – jakże polskiego Grodna! Na wjeździe wita nas nowe osiedle bloków i jak na blok wschodni- jest ich tutaj całkiem sporo. Kilkaset metrów dalej zatrzymujemy się autem na środku drogi – wlocie do Grodna- niestrzeżonym przejazdem kolejowym przejeżdża pociąg… Mijamy małe, drewniane domki,  niewielkie centrum, operę, znany czołg na rondzie, Plac Sowiecki, Bazylikę katedralną, Pomnik Lenina i mkniemy na osiedle Dziewiatówka- blokowisko, gdzie czeka na nas gospodarz, u którego wynajmujemy mieszkanie na 7 piętrze.

Osiedle Dziewiatówka – widok z mieszkania.

15:30 – taką godzinę ustawiamy na naszych zegarkach pomimo 14:30- w Polsce.

Pomimo sporej ilości bloków i mieszkań na parkingu nie brakuje dla nas miejsca i stajemy naprzeciwko klatki schodowej. Po dwóch dniach pobytu w Grodnie doszłam do wniosku, że niektóre mieszkania zostały opuszczone, mieszkańców innych bezpretensjonalnie nie stać na auto. Stąd tyle miejsca na parkingu… Stąd tak mało ludzi na ulicach…

Apartamenty na ulicy Limozha znajdują się w głębi osiedla. Białorusin mówiący po polsku, wnuk Polaka przedstawia nam mieszkanko i mówi trochę o sobie, o życiu w mieście, o chęci wyjazdu do Polski. Wymienia nam złotówki na ruble- cenowo spotykamy się pośrodku i on skorzystał i my również. Idealnie! Właściciel apartamentów mówił, że Grodno nie ma czym przyciągnąć turystów- najpierw wyrzucaliśmy stąd Polaków- a teraz mamy ich zapraszać? Czym przyciągnąć? On przesiąknięty chłodną Białorusią powiedział, że nic nam się tutaj nie będzie podobać…

16:00 Robimy zakupy w pobliskim sklepie ogólnospożywczym Almi. Wydajemy 34 ruble na produkty na jutrzejsze śniadanie. Kupiliśmy trochę suszonych kumkwatów (owoce z rodziny cytrusów, bardzo zbliżone smakiem, kolorem i kształtem do pomarańczy/mandarynki, pochodzenie z Chin, w Polsce cen za kg to 57 zł, tutaj około 20 zł:). Kumkwaty okazały się przepyszne! A do tego było tak gorąco, że pierwszy raz smakował mi kwas chlebowy! Suszone śledzie okazały się za słodkie, lecz zwykły ser przepyszny! Ogólnie w sklepie spożywczym jest trochę taniej niż w polskim, natomiast zachodnie produkty nawet 100% droższe niż w Polsce.

18:00 Zamówiliśmy podobno tanią taksówkę za kilka rubli, lecz dzięki wykupieniu zielonej karty otrzymaliśmy 4 bony – dwa na przejazd taksówką do 5 km i dwa bilety wejściowe do Nowego Zamku. Taksówkarz nie robił problemu z bonem- od razu wiedział o co chodzi. Taksówką dojechaliśmy szybko do Placu Sowieckiego, gdzie zaczęliśmy nasze popołudniowe zwiedzanie i gdzie spotkaliśmy jedynych, tego dnia, turystów.

Udaliśmy się w kierunku znanej ulicy Sowieckiej, aby zjeść późny obiad w Bufecie Balszoj. Jedzenie podobnie jak w sieciówce Olimp nakładało się samemu na wagę i muszę tutaj zaznaczyć, że placki ziemniaczane z mięsem były rewelacyjne. W końcu Białoruś słynie z potraw ziemniaczanych i na tym polu rzeczywiście się sprawdzili. Bufet znajduje się na 4 piętrze. Można tutaj wjechać winąd lub wejść schodami. Utrzymany jest w klimacie wschodnim, półki zapełnione rosyjskimi książkami, słoje, słoiki, meble jak z lat `70. Tutaj czas się zatrzymał, choć nigdy nie próbowałam tak mocnego wasabi… Cały katar z którym przyjechałam do Republiki Białoruskiej przeszedł mi w jednej sekundzie… :) Za cztery dania i piwo zapłaciliśmy 23p. W bufecie było pełno ludzi, no i muszę przyznać, że nigdzie nie widziałam tyle ptaków w damskiej toalecie :D

Po późnym obiedzie ruszyliśmy ulicą sowiecką w kierunku czołgu, opery, zamków i spacerem doszliśmy do Kołoży, czyli cerkwi Świętych Borysa i Gleba, która stoi na wygryu nieprzerwanie od 1127 roku. Jak czytam w wikipedii: jest to Jedyny zachowany zabytek achitektury staroruskiej sprzed najazdu mongolskiego na zachodniej Białorusi. Niesamowite!

Następnie przez park, obok Wieży Strażackiej udajemy się na piwko pod czołg i tutaj małe zdziwko- po piwo kosztuje 6p, co w przeliczeniu daje nam 12 zł za pół litra (tak, tak, taka cena z menu). To całkiem drogo jak na Polskę nawet. Na koniec o zmroku zahaczamy jeszcze o pomnik Lenina i wracamy spacerem przez grodzieńskie osiedla do wynajętego mieszkania… A po niebie fale chmur płynął w kierunku Polski…

Zakupowe szaleństwo /21.07.2018. sobota/

Wyczytałam w internetach, że Grodno do zwiedzenia jest w jeden dzień, tak jak wyczytałam, tak postanowiłam w drożyć w życie i niestety – pomimo popołudnia, całego kolejnego dnia i poranka nie udało się nam zobaczyć wszystkiego, a raczej odkryć wszystkiego, gdyż odkrywanie białoruskich alkoholi pod osłoną nocy przeciągnęło się do późnych godzin nocnych, więc wstaliśmy późno, a jeszcze później zebraliśmy się z apartamentu… w stronę marketu tak naprawdę. W końcu wyspaliśmy się z nadzieją, że mamy jeszcze mnóstwo czasu na zwiedzanie. W końcu Kołoża odhaczona, a był to ważny punkt programu. I tym oto sposobem o

12:00 wyjechaliśmy z pod apartamentu na stację benzynową i sklepów najpierw. (Zwiedzanie w końcu może poczekać). I tak:

1. Stacja benzynowa

Podjeżdżamy. Mnie osobiście dziwi 92-ka do tankowania, nie pamiętam jej z Polski. Na szczęście 95-ka jest opisana bardzo wyraźnie, więc sama nie miałabym problemów z tankowaniem. Gdy dochodzi już do właściwego tankowania. Niestety licznik się nie zeruje, pistolet nie działa. Pomimo to, obok tankuje się już kolejny kierowca. I tak jak nie trudno zauważyć- tak jak w Polsce płacisz za przejazd autobusem z góry, tak tutaj płacisz za paliwo z góry np 26 litrów tak jak to było w naszym przypadku. Stacja benzynowa wygląda podobnie do naszych, jednak przy sobocie nie była tak oblegana.

2. Market Almi

Zaraz naprzeciwko znajduje się supermarket Almi, gdzie spędziliśmy lwią część tegoż popołudnia. Sporo produktów cenowo zdecydowanie bije te polskie na łeb na szyję. Jak z jakością? Któż to wie. Słyszałam, że całkiem nieźle. Przeważają produkty białoruskie. Półki z alkoholami (alkogolami) nie są tak oblegane, jakby przeciętny Polak sobie to wyobrażał. Po ponad godzinnym buszowaniu, obładowani białoruskimi specyfikami płacimy 110p i wychodzimy.

3. Old City

Będąc w okolicy zajeżdżamy do nowoczesnej galerii handlowej w której do wygrania było jakieś drogie auto. Szkoda, że nie dla mnie ten konkurs! Nooo!! Z zewnątrz wygląda na nowo wybudowane centrum handlowe w stylu polskim – typowo. Z kolei w środku znajdziemy Old City – wnętrze bardzo przypomniało mi którąś galerie handlową w Białymstoku. Albo ten sam architekt- albo pomysł zerżnięty po całości!

Przed powrotem (z zakupami) idziemy na miejskie targowisko i zaglądamy do lokalnego sklepiku, w którym kolejki, że ho hooo!

I tym oto sposobem dotarliśmy do godziny…

15:00 czyli dość późnej jak na zwiedzanie, no ale trudno. Co damy radę to zdążymy! Jedziemy autem.

Stary Zamek

Podjechaliśmy na parking pod Wielką Synagogę i ruszyliśmy na podbój Starego Zamku, z którego zostały ruiny, kilka ścian i pomieszczenia w których znajdują się eksponaty muzealne. Tematyka ogólna- od zarania dziejów po dziś dzień, czyli od mamuta po wojnę w Afganistanie w latach `80. Na wyjściu z muzeum czeka nas sala jak z białoruskiego horroru… Chyba warto było wydać te dwa ruble!

Zostawiamy auto pod bajecznie wyglądającym kościołem prawosławnym niedaleko muzeum Elizy Orzeszkowej.

Semafor

Po zwiedzaniu udajemy się na obiad do Semafora. Gdzie za przepyszną Soliankę i mniej smaczną zupę rybną oraz pierogi z grzybami i małe pierożki w garnuszku oraz wodę płacimy około 30p. Zjadamy obiad w 20 minut bo spieszy nam się na…

Koncert organowy w kościele luterańskim

o 18:00. Koszt to 5p. To nie zbyt wygórowana cena jak na taką ilość dźwiękowych przyjemności, które można było zażywać w towarzystwie kilku przyypiających Białorusinów.

Park romantyczny Gorodnichanka

Vis-a-vis Placu Lenina znajduje się zielony park Gorodnichanka, czyli romantyczny park z mnóstwem ławeczek, motywami serca na każdym kroku wypełniony roślinnością. Najbardziej zwraca na siebie uwagę ławeczka z pochyloną parą lamp- ewidentnie jedna jest damska a druga męska, most z kłódkami, duża perła oraz czerwone serce z napisem Grodno.

i obok:

Pomnik żołnierzy i partyzantów sowieckich

gdzie zawsze pali się ogień. Pomnik znajduje się w parku Gorodnichanka.

Pomnik żołnierzy

Katedra katolicka św. Franciszka Ksawerego

Katedra jest największym budynkiem sakralnym w Grodnie i panuje na Placu Sowieckim jakby od dawna był u siebie pomimo kościołów innych wyznań, które znajdują się w niedalekim sąsiedztwie. W katedrze codziennie odbywają się msze odprawiane w języku polskim.

Kościół katolicki św. Franciszka Ksawerego
Kościół katolicki św. Franciszka Ksawerego – msza po polsku.

Tuż za katedrą znajduje się ulica,  gdzie nakręcono dwa filmy białoruskie.

20:00 Wracamy do mieszkania, robimy sobie krótki odpoczynek, ale o

22:30 wyjeżdżamy znów na miasto, gdyż podobno jest pięknie oświetlone. Niestety wieża strażacka nie była oświetlona. Opera zgasła o 23:00 zanim zdążyliśmy do niej podejść. Jedynie ulica Sowiecka, dawniej Dominikańska, była oświetlona, za to Plac Lenina świecił pustami. W parku romantycznym serce grodzieńskie świeciło się gorącym żarem. Po spacerze lekko zawiedzeni wróciliśmy z powrotem autem do mieszkanka.

Ulica Sowiecka nocą

Takie upały tylko na wschodzie /22.07.2018. niedziela/

11:00 Opuszczamy mieszkanie, Grodno, Białoruś. Stop. Z mieszkania dojeżdżamy autkiem na parking pod Wielką Synagogą i udajemy się do Nowego Zamku. To moje najszybsze półgodzinne zwiedzanie muzeum- a jednak się da! Wśród zbiorów znajdziemy pozostałości po Polakach mieszkających i wypoczywających w Grodnie. Wiele książek, dzienników, plakatów jest w języku polskim, natomiast opisy pod zbiorami są w języku białoruskim, czasem angielskim. Turystów jest tutaj niewielu.

12:00 Zwiedzamy Wielką Synagogę, która od lat jest odbudowywana. Na zewnątrz wygląda na ukończoną, w środku ściany są pomalowane na śnieżnobiało. Po szybkich oględzinach synagogi ruszamy w końcu w kierunku Litwy.

Wielka Synagoga

12:30 Na wyjeździe z Grodna mijamy stadion, aquapark, sklepy odzieżowe, grodzieńską wieżę telewizyjną. Przedmieścia miasta do głównie drewniane domki z sadami owocowymi. Docieramy do pierwszej wsi za Grodnem..

Hoża

Jadąc w kierunku granicy biłorusko-litewskiej zatrzymujemy się we wsi Hoża. Przy samej drodze stoi pomnik na skarpie, niedaleko odkrywamy stary, radziecki motor. Zabudowę wiejską stanowią drewniane domki podobne jak u nas w zachodniej Polsce- wyglądają jak domek cioci i wujka w Muszakach. Stoi tutaj również kościół, a życie płynie powoli…

Granica białorusko-litewska

13:30 Podjeżdzamy do granicy białorusko-litweskiej. Stoją tutaj dziesiątki tirów i 8 osobówek przed nami. Mamy chyba szczęście, bo po chwili za nami ustawia się kolejne 7 osobówek. Dowiadujemy się, że możemy tutaj stać pół godziny, jak również 5 godzin. Wszystko zależy od celników. Mamy powtórkę z rozrywki i stoimy tyle samo co ostatnio, czyli 1 godzinę i 40 minut.

14:00 Przejeżdżamy nareszcie pierwszą bramką i podjeżdżamy do drugiej z tablicą z zielonymi napisami Nothing to declarate, ale nas cofnęli do bramki z tablicą z czerwony napisami, bo… wwozimy m. in. owoce do Uni Europejskiej :D

przed 15:00 podjeżdżamy pod 3 bramkę… i w 10 minut przejeżdżamy, bo kontrola trwa pół minuty i o

15:00 podjeżdżamy w końcu do ostatniej bramki z gwiazdkami Unii Europejskiej na tablicy.

W sumie przy wyjeździe dwa razy otwieramy tylko bagażnik. Nikt nie kontroluje czy wwozimy więcej niż litr wódki na osobę czy powyżej dwóch paczek papierosów… Jesteśmy zawiedzeni i rozczarowani. :D

Druskieniki

Zaledwie 10 minut jazdy dzieli granicę od Druskienik. Podjeżdżamy do aquaparku, zostawiamy auto na parkingu, bagaże w pokoju i idziemy na zabieg, który jest w ramach pobytu hotelowego. Ja wybrałam Okład z borowiny na dziąsła, trwa to 10 minut.

Hotelem Flores jestem zachwycona. Piękny, zadbany wystrój. Czuć nowością, jak i wydanymi milionami jakiegoś milionera. Hotel w stylu indonezyjskim spodobał mi się ogromnie. Kiedyś śniło mi się, że byłam w Indonezji na wyspie Flores- być w takim hotelu to jak spełnienie marzeń o Indonezji.

Na kolację wyjątkowo wybieramy pizzę i jeszcze zupę meksykańską w restauracji w aquaparku i o 19:00 możemy udać się na baseny.

Dwa razy zjeżdżam na zjeżdzalni – z 2 i 5 poziom i pasuję bojąc się o własne życie :D Pozostały czas spędzamy w kompleksie łaźni, których jest tutaj aż 20. Robią na mnie ogromne wrażenie. Najprzyjemniejsze to 6 łaźni egipskich znajdujących się na pierwszym poziomie oraz łaźnia turecka – piętro wyżej. Stąd nie chce się po prostu wychodzić.

Druskieniki a zdrowotność

Druskieniki to taki nasz polski Ciechocinek, tylko taki do trzeciej potęgi. Z kranów leci woda o zawartości 2400 składników mineralnych. To rekordowo dużo! Wody można napić się ze specjalnych kraników w hotelu Flores :)

Indonezja na wyciągnięcie ręki….

Powroty są najlepsze /23.07.2018. poniedziałek/

Śniadanie i sauny o poranku

Śniadanie oceniam na… wystarczająco dostateczne niestety… I udajemy się na sauny, gdzie spędzamy niecałe dwie godziny. Najbardziej spodobała mi się tak zwana łaźnia turecka. Mogłabym tam wypoczywać każdego wieczoru :)

Kolejką linową na drugą stronę rzeki

Po wymeldowaniu się w hotelu udajemy się w kierunku kolki linowej :) Przejazd kolejką zajmuje zaledwie 10 minut. Ma swój początek przy wejściu do aquaparku, a koniec po drugiej stronie Niemna w kompleksie zimowym Snow Arena.

Koleją linową do Snow Areny

Snow Arena

Urządzona w klimacie austriackim, latem nie przyciąga wielu ciekawskich.

Miasteczko

Spacer po mieście i wracamy do Polski!

Cerkiew w Druskienikach

Zakupy

Na koniec nie obyło się również bez zakupu Alitek (nawet w postaci brandy!) oraz kulek – pączków – mniam :)

W kierunku Polski

Po drodze do granicy zatrzymujemy się kilka razy. Zwiedzamy okolicę. Zahaczamy o park rzeźb z drewna i wieżę widokową na jezioro.

Jedwabne

A na sam koniec, już w Polsce pora na chwilę refleksji i radości… że żyjemy w wolnej i w miarę bezpiecznej Polsce. Zajeżdżamy do Jedwabnem.

Podsumowanie…

Bardzo cieszę się, że do Grodna nie pojechałam sama, lecz z kimś, kto przyłożył się kiedyś do nauki rosyjskiego i kto przypomniał go sobie na tyle dobrze, aby bez problemu porozmawiać się w tym języku na Białorusi. Podróżowanie samemu jest fajne, ale z kimś jest zawsze bezpieczniej i bardziej komfortowo, a jeśli tej drugiej osobie zależy i patrzy w tym samym kierunku co ty to już całkiem fajnie… ;)

Nie wiem jeszcze, czy kiedyś wrócę do Grodna… Jest ono na wyciągnięcie ręki, jednakże stanie na granicy- to nie dla mnie. Zielona karta i wszelkie nieudogodnienia sprawiają, że człowiek nie chce tu więcej wracać, pomimo spokojnych i czystych ulic, taniego paliwa i alkoholu… Opuszczając to miasto bardziej szkoda mi było Polaków, którzy po wojnie nie byli w stanie zostawić swoich domów i zdecydowali się tutaj pozostać. Obym nigdy nie musiała wybierać po której stronie historycznego – przysłowiowego Niemna chciałabym zamieszkać…

Druskieniki natomiast to czysta rozrywka i wypoczynek. W samym aquaparku mogłabym spędzać całe tydzień i się nie znudzić. :)

Lista do zwiedzenia Grodna w przyszłości:

  • Muzeum Elizy Orzeszkowej,
  • Dolina Szwajcarska,
  • Targ Skidelski,
  • Pałac Stanisławów,
  • Kanał augustowski.

Porady:

  • Warto przypomnieć sobie język rosyjski, pomimo, że wszyscy w Grodnie mówią po polsku.
  • Na granicach trzeba uzbroić się w cierpliwość, możemy tutaj trochę postać.
  • Alkoholu i papierosów nie wolno wywozić w wielkich ilościach, pomimo, że nam nie sprawdzali auta, to widziałam jak na granicy Białorusini “rozbierali” auto.
Ruble białoruskie i kopiejki

Przykładowe ceny na Białorusi:

  • pozwolenie na bezwizowy wjazd na Białoruś dla 2 osób – 108 zł
  • 100 g kumkwatów – 2 zł
  • 1 kg bananów – 2,40 zł (1,19p)
  • polskie wafle Kupiec – 7 zł
  • piwo – od 2 zł
  • wódka 0,5l – 12-14 zł, ale są też i droższe
  • papierosy, paczka – 5 zł
  • przejazd taksówką – 3p
  • beznyna 95 – 70p za 26 litrów

Przykładowe ceny na Litwie:

  • przejazd kolejką 5e w obie strony na osobę dorosłą,
  • moja ulubiona kulka- pączek – 0,41e,
  • szampan Alita – 4,99e.

Dodaj komentarz