MAJORKA 2008

Katedra La Seu, Palma de Mallorca.

Pierwszy raz katedrę zobaczyłam w przewodniku. Wydawała się zwykłym budynkiem, z historią, jak każdy inny, ale z pięknym widokiem. W rzeczywistości okazał się potężną konstrukcją, z burzliwą historią i własnym odbiciem na jej początku. Zwiedzanie zaczęłam od ogrodów znajdujących się pod katedrą. Pod, gdyż La Seu obecnie znajduje się na dumnym wzgórzu, a morze przez wieki obniżało w tym miejscu swój poziom.

Ogrody są to typowo hiszpańskie, podobne można zauważyć w wielu innych miastach kraju, ale gdy człowiek zobaczy pierwszy raz taki ogród, z fontannami, pięknymi krzewami i drzewami oliwnymi, wybierze sobie ten pod katedrą w Palmie, nie zapomni go na długo i będzie uważał za najpiękniejszy. A jeśli człowiek ów nie zna się na ogrodnictwie w ogóle- będzie to ogród wyjątkowy. To tak pokrótce o mnie. Zieleń, tryskające fontanny, figurki- to subtelne zacisze, daje poczucie odpoczynku i relaksu. Niektórzy mogą wyjść z pracy, zjechać winda, bądź zejść schodami, przejść przez ulicę i już relaksować się na ławeczce w tym oto parku. Aby następnie wybrać się na spacer, w kierunku katedry.

Prowadzą do niej wąskie, bądź też szerokie, z drugiej strony, schody. Wejście do niej – jak każde inne, rzeźbione postacie niczym na kościele w XX, ale nie martwmy się- nie będziemy wypatrywać astronautów czy innych postaci dzisiejszych czasów. Wrota znajdują się po stronie wschodniej i zawsze są w cieniu, co dodaje tajemniczości a nawet dodałabym, że chcą przekazać nam coś strasznego. Stojąc przed wejściem, po stronie lewej na pewno zauważymy kolejkę, która w sezonie letnim rozciąga się w nieskończoność, więc jeśli mamy chęć zwiedzić ten przybytek boski, musimy wstać wyjątkowo wcześnie, ale nie wcześniej od Anglików, którzy lubią się wyspać, sądzę, że w okolicach godziny 9:00 absolutnie zdążymy, aby nie marnować czasu ani przed katedrą, ani śpiąc. Tymczasem, nie zważając na sznureczek po naszej lewej, udajemy się na prawą stronę, na plac, z którego rozciąga się panorama na: kanał, 20-metrową fontannę, parking, nówkę-autostradę, widać też jakieś artystyczne dzieła, alejkę palm, i oczywiście morze! Do czego dążę. Stojąc na brzegu placu, można wziąć głęboki oddech i poczuć się jak młody bóg lub bogini ;) To miejsce, ten widok, zachwycają. Gdy już napatrzymy się na wszystko czas odkręcić wzrok na katedrę, u stóp której stoimy i znów poczuć się jak zwykły śmiertelnik. Można zauważy ludzi z aparatami fotograficznymi. Człowiek z aparatem tu, człowiek z aparatem tam. Uważajmy tylko, aby trzymać je blisko siebie, bo lubią one zmieniać właścicieli. Gdy już zmierzymy się z własnym człowieczeństwem „na wysokości boskiej” i „u stóp katedry” przychodzi czas, aby powlec swe nogi do kolejki.

A w kolejce multum narodowości, jak byś wygrał wycieczkę do zoo, którego właścicielem są małpy i w jak najlepszy sposób chciały przedstawić gatunek ludzki. Nie trzeba znać tych wszystkich ludzkich języków, aby domyśleć się, że Anglik chce zdążyć zjeść kanapkę przed wejściem, Niemka opowiada mężowi ze szczegółami historię katedry, Francuz narzeka na brak francuskojęzycznych kanałów na tym odludziu, Norweg stwierdza, że tu też na pewno nie będzie tablic informatycznych w ich języku, a Polak grzecznie sobie czeka, aż wręczy kasjerowi jakieś 7 euro i z biletem w garści będzie mógł w końcu wejść do wnętrza świątyni.

Katedra La Seu. Budowę rozpoczęto w 1229 roku. Powstawała parę wieków, a oficjalnie budowa została zakończona w 1601. W 1651 konstrukcję naruszyło trzęsienie ziemi. Na początku XX wieku Antoniemu Gaudiemu zlecono odświeżenie Katedry. Wprowadził on kilka innowacji.

Ale najważniejsze to ustać na samym końcu, za wszystkimi ławkami, pośrodku i spojrzeć przed siebie. Te kolory, ciemny lazur, światełka niczym złoto, witraże zawierające wszystkie kolory tęczy, żyrandol niczym wielki pająk- baldachim wisi spokojnie nad ołtarzem, które jest dziełem Antoniego Gaudiego. „Bosko!”, tylko to słowo przechodzi mi przez głowę, gdy myślę o wnętrzu- tańczących światłach i kamieniach o jasnej barwie. Właśnie dla tego jednego widoku warto tu wejść i tu wracać.

Nie zapomnijmy również o wielu bocznych ołtarzykach oraz jednym- morskim- po prawej stronie. A następnie do przybocznego sklepiku i do wyjścia.

Na końcu zwiedzania wyjdziemy na parną uliczkę, zastanawiając się nad przyjemnym chłodem, turystami, zasłyszanymi komentarzami i nad tym, gdzie by tu pójść na obiad.

Playa del Colbaix

Tego miejsca nie zapomina się od tak. Po męczącej środze w końcu docierasz na celu, już widzisz swój kawałek raju, ale musisz jeszcze przejść kawałek wzgórza, a później szukasz jeszcze jakiegoś dogodnego zejścia, aby w końcu zauważy, że zejścia do tej boskiej plaży- po prostu nie ma. Ale zacznijmy od początku.

To był mój drugi dzień z rzędu na rowerze. Postanowiłam wybrać się w miejsce, do którego nie można dotrzeć samochodem, co chwila znaki zakazów pojawiały się na mojej drodze, a to wjazd tylko dla graczy golfa, a tu tylko dla rezydentów, tutaj zaczyna się las, a tu nie wolno rozpalać ognisk, a tutaj łańcuch i w końcu zrezygnowałam, aby unikną ewentualnych problemów.

Wróciłam w to miejsce tydzień później, ale na rowerach, tak bezpieczniej. Jadąc samochodem nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele pagórków ominęłam, pod ile trzeba było podjechać, jak wyboista ta droga jest w rzeczywistości. Po istnej godzinnej mordędze na dwóch kółkach dojechałam jakby do punktu widokowego, z którego mogłam ujrzeć kawałek szkarłatnego morza.

Usiadłam na chwilę, aby odpocząć i zjeść co nieco. Zabezpieczyłam rower i poszłam w las. Ścieżka była ubita, zapewne często uczęszczana. Po paru minutach marszu po wystających korzeniach drzew, omijaniu gęstych zarośli i pokonaniu stromego zbocza moim oczom ukazała się plaża. Plażyczka wręcz. A na niej żadnych ludzi, tylko jedna koza, która zbyt daleko sobie skoczyła i nie mogła wrócić do swojej rodziny, ponieważ, na tą plażę nie ma ani jak bezpiecznie zejść, a tym bardziej wejść z powrotem do punktu widokowego. 15 metrów to za dużo nawet jak dla mnie, więc popodziwiałam z góry, zazdroszcząc podpływającym jachtom, którzy mogli zobaczy to romantyczne miejsce z całkiem innej perspektywy. A moje miejsce, które znalazłam sobie do podziwiania było równie przyjemne, była to niewielka łączka tuż na skraju skał. To niesamowite uczucie podziwiania czegoś z daleka, czegoś pięknego, czegoś, co jest niby na wyciągnięcie ręki, a jednak zbyt daleko, aby tego dotknąć, doświadczy, poczuć. Tego własnie uczy piękno Majorki, gdzie wyspiarze dbają o otaczającą ich przyrodę, gdzie każdy niezależnie od zasobności portfela, może tu przyjechać na rowerze wynajętym za kilka euro i doświadczyć czegoś, czego nie można mieć za żadne pieniądze świata- to uczucie, które jest niedopisania, to po prostu miłość do świata.

Na plaży, a raczej „dwa piętra” nad nią, nade mną zaczęły kłębić się gęste chmury. Trochę zasmucona, że nie dotknęłam boskiego piasku, ale podekscytowana pięknem tego miejsca, zaczęłam się pomału zbiera. Przed nami jeszcze długa droga powrotna. Ścieżką dotarłam do swojego nieukradzionego roweru. Drogą prowadzącą na wzgórze zjeżdżałam dość długo. Omijałam główne drzewa iglaste, trawiaste kawałki polan, łąki kwiatów, tudzież kozy. Następne były pola golfowe, które z góry wyglądają jak pałacowa trawa, bez żadnego chwaścika. Moja droga nie była aż taka prosta, jeśli nie piasek plażowy, to co rusz- większe kamienie. Później znowu pod górkę, aby dotrzeć do małego miasteczka Mal Pas położonego na skraju wybrzeża, do Alcudi został kilometr, a ja zastanawiałam się, kiedy znów wrócę w to wyjątkowe dla mnie miejsce…

Puerto des Canonge

Ten port poleciła mi znajoma z pracy. Starsza kobieta, która nie szukała rozrywek, a spokoju i wytchnięcia po ciężkim tygodniu pracy.

I tak trafiłam do Portu Canonge. Znajduje się on miedzy Soller a Valldemossą. Mając na uwadze te dwa niesamowite miejsca, mało kto zwrócił by uwagę na niepozorny znak kierujący prosto w dziki las na północ wyspy.

Wąska ścieżka samochodowa prowadzi wśród wysokich drzew i dzikich krzewów. Można się poczuć jak mały Kubica, który nie musi wjeżdżać w zakręt z 60-tką na liczniku. 10km/h absolutnie wystarczy nam przy tym leśnym ślimaczku.

Pomału się rozwidla, widzę już morze oraz wyłaniające się pomału domy. Dojeżdżam nad samo morze, zostawiam auto na parkingu i… szok. Woda jest, nawet nie brudna, ale wręcz brązowa! Ziemista, ale tylko do 15 m w głąb morza, dalej rozciąga się wielki błękit, a kilkadziesiąt mil morskich dalej leży sobie Barcelona.

Przeszłam się po skałach jak najdalej się dało w kierunku zachodnim i wychylałam się jak najmocniej się dało, by zauważy plażę ukrytą w skałach. Miała być może dwa metry kwadratowe, mimo, że byłam na północy, była ona dobrze oświetlona, a woda tak błękitna, że mogłabyś stworzona tylko przez boską rękę. Do plażyczki miałam za daleko, nie uprawiałam wspinaczki skałkowej, a moje klapeczki wyglądały jak jedno wielkie nieporozumienie.

Dodaj komentarz