MAJORKA 2007

Udało się! Jestem tu po raz drugi! Pracowałam w tym samym hotelu. Tym razem zawsze w wolne dni wynajmowałam samochód i zwiedzałam wyspę, przejechałam całe wybrzeże nie raz, a do Sa Calobry czy Portu Andratx zajrzałam z parę razy.

Byłam już w Sa Calobrze, pięknej plaży, gdzie zamiast piasku mamy kamienie o średnicy 4 cm!, gdzie nie ma fal i człowiek sam unosi się na wodzie, gdzie skały wbijają się w morze, to jedna z ulubionych zatoczek wielu ludzi, którzy często przypływają tutaj jachtami.

Kanion Sa Calobra

Byłam już w Jaskiniach, z których tak bardzo słynie Majorka, w Porto Cristo, gdzie jest ogrom mini i miniaturkowych stalaktytów i stalagmitów, gdzie jest podziemne, martwe jezioro, jedno z największych na Ziemi.

Byłam w Puerto de Valldemossa, gdzie zjeżdża się 7 km z gór wąska uliczką, gdzie można poczuć się jak Colin McReal *?* , gdzie fale uderzają o brzeg z taka siła, ze mokre są pobliskie samochody zaparkowane niedaleko na parkingu.

Byłam też w Puerto de Andratx, gdzie przy brzegu zaparkowanych jest ogrom jachtów i jachcików, statków i łodzi. Człowiek nieszczęśliwy po prostu musi usnąć i śnić o swoim szczęściu, a ja gdy przechodziłam się po molo w Porcie Andratx, czułam, ze już nigdy nie będę musiała się obudzić. To jest moje miejsce, te najpiękniejsze na Majorce, jeśli nie na Ziemi.

Byłam w Porcie de Andratx, nurkowałam w Calo de Marmassen, najpiękniejszej zatoce na Majorce.

Aquarium pod Palmą

Do Aquarium wybrałam się sama trzy tygodnie po jego otwarciu latem 2007 roku. Już wtedy, przed godziną dziewiątą rano ustawiał się sznureczek turystów, chętnych zobaczy, jakie przedziwne stworzenia i rośliny kryje w sobie. A było ich całkiem sporo. Małe i duże, a także akwarium o wysokości dwóch pięter, pływały w nich ryby wielkości sporych tuńczyków. To co przyciągnęło moją uwagę były mikroskopijne żyjątka umieszczone w małych akwariach. Każde z nich odpoczywało na kawałku koralowca w oczekiwaniu na ludzkie ślepia. Można było je obserwować nie tylko przez szybkę ale i przez lupę, która uwypuklała najmniejsze wgłębienie. Po przejściu wszystkich zaciemnionych odpowiednio korytarzy z akwariami zawierającymi błękitną wodę i niezwykłe zwierzątka wodne na ścianach wychodzimy do lasu tropikalnego umieszczonego na tyłach budynku, jest to mała przestrzeń. Wodospady, roślinność, papugi i ciasnota sprawiają, że możemy poczuć się jak Indiana Jones w swojej wyprawie przez dżunglę. Nasza mała dzicz niestety szybko się kończy i korytarz prowadzi nas do sklepu z pamiątkami, który zajmuje chyba dwukrotną przestrzeń w porównaniu do oazy spokoju.

Porto Cristo

Do Porto Cristo wybierałam się już od dłuższego czasu, a nawet od roku. Miasteczko małe, a jak się okazało droga nie była aż tak dobrze oznakowana, aby bezbłędnie trafić do Smoczych Jaskiń.

Na początku pobłądziłam trochę uliczkami, zaliczyłam parę sklepików oraz jeden snack bar. Morze w tym miejsc było ciepłe i przyjemne. Pomimo jachtów i zakazu skoków ze sztucznego betonowego nabrzeża śmiałków kąpieli wodnych w tym miejscu nie brakowało. Parę metrów dalej można było zauważy plażę, malutką co prawda, ale turyści opalali się w najlepsze.

Do mojego jaskiniowego zwiedzania została jeszcze godzinka, więc przejechałam się do pobliskiego akwarium, gdzie ryby po prostu wylewały się z przeciekających szklanych kul. Nie zrobiło na mnie wrażenia to miejsce, wręcz przeciwnie. Rozpadający się, stary budynek, pozalewane posadzki, brak oświetlenia, poniszczone tablice informatyczne, ryby wyrośnięte, wyglądały jak by same się prosiło o ratunek w postaci rozgrzanej patelni.

Następnie wybrałam się na małą rundkę samochodem po okolicznych „wioskach” wzdłuż morza. Zachwyciło mnie miejsce, w którym woda stykała się niemalże z jezdnią. Cala Romantica– wspaniała. A na koniec błękitna plaża, jak z bajki, której nazwy po prostu z zachwytu nad pięknem przyrody nie zapamiętałam, pomimo trzymanej w ręku mapy.

Wróciłam na parking pod jaskinie, przeszłam się w kierunku morza, aby zobaczyć młodych Francuzów skaczących ze skał prostą w przejrzystą wodę.

Coves del Draco, czyli Smocza Jaskinia

Do jaskiń prowadziła wąska ścieżka parkowa, można było podziwia pawie. Turyści robili im zdjęcia. Wyglądało to tak, jak by w Wielkiej Brytanii nie można było spotkać pawia. Tak też, ja również dołączyłam się do angielskich pstrykaczy.

Zejście do jaskiń było strome i wąskie. Jedna kobietka natychmiast zaczęła się wycofywać, krzycząc, że się dusi. I tak też było, w jaskini było mało miejsca, ciasno, obok siebie mogły stać/iść góra dwie osoby. Nie można było niczego dotyka, a tym bardziej fotografować, o co wciąż upraszano. Niestety pstryknięć było bardzo dużo. Pomimo ścisku próbowałam ogarnąć piękno tego miejsca. Najbardziej zdziwił mnie komentarz rodziny polaków, którzy podsumowali zwiedzanie jednym zdaniem, a mianowicie „Szkoda, że nie wzięliśmy lepszego aparatu”, a w głosie było słychać pogardę. Myśleli zapewne, że Majorka jest tylko do leżenia na plaży, żadne z nich nie pomyślało, że można zobaczy tu coś więcej oprócz bezmyślnych angoli. Ja, w porównaniu do nich z chęcią zabrała w to miejsce swojego dziadka, który nigdy w przeszłości nie miał możliwości odkrywa piękna tego świata, który przeżył wojnę, głodował, był jeńcem, a później całe życie ciężko pracował. Swojego dziadka chciałabym zabrać w takie miejsce, nie nowy aparat fotograficzny, którego „wejście” nic by mnie nie kosztowało.

Ogólnie szanuje miejsca w których się znajduję, a tym bardziej ludzi, i postanowiłam nie robi tu żadnych zdjęć, jakie było moje zaskoczenie, kiedy na sam koniec, gdy prawie już wszyscy wyszli, jeden z panów prowadzących powiedział, że możemy zrobić szybciutko jedną fotkę, ale bez flesza.

Dodaj komentarz